Repty Śląskie - podróże małe i duże

    W mojej głowie powoli powstawała decyzja o tym aby coś zrobić ciekawego i związanego z podróżowaniem rzecz jasna. Kiedy obserwuje te wszystkie niesamowicie ciekawe strony o podróżnikach, którzy wpierw samotnie, potem z partnerem, a potem nawet z dziećmi przeskakują z kontynentu na kontynent: Indie, Australia, Ameryka... nie mogę tak po prostu przyglądać się temu spokojnie. Powstaje co raz więcej takich stron, co raz więcej osób wydaje książki o swych podróżach i zdobywa malutkie, choć piękne sukcesy. A ja czuję, że stoję w miejscu. Przynajmniej jak określiła to moja mama: "pozornie" stoję w miejscu. W wakacje w zeszłym roku zaprosiłam swoich znajomych ze studiów do uczestnictwa w krótkich wyprawach po naszym województwie śląskim, aby lepiej go poznać i dobrze się przy tym bawić. A potem kto wie! Oczywiście Śląsk to nie tylko kopalnie, chociaż tak, tak! Są one bardzo ważne, ale myślę, że wiele jest jeszcze do odkrycia tutaj i wiele do pokazania.
Na pierwszy ogień poszły Repty Śląskie. Dlaczego Repty? Przecież to takie malutkie miejsce obok Tarnowskich Gór. Niby tak. Natchnęło mnie, gdy jechaliśmy po dziadka, aby odebrać go z sanatorium. Wąskie uliczki, małe zakamarki, trochę pustkowie, zupełnie jakby nikt tam nie mieszkał. Potem spytałam tatę czy coś wie o tym miejscu, to oczywiście napalił się bardzo jak to ma w zwyczaju i podrzucił mi kilka numerów "Odkrywcy".
Wyruszyliśmy w czwórkę: Ja, Kevin, Karolina (zwana pieszczotliwie Prosiaczkiem) i Magda (Miechu). Same baby! Kulturoznawstwo!
   Kierowałam sobie moją śliczniutką hondą. W końcu dotarliśmy do celu, zaparkowałam na niewielkim parkingu przy wejściu do lasu. Na chodniku namalowana była strzałka w którą stronę mamy się udać do sztolni. Tutaj szybkie wyjaśnienie: chcieliśmy przepłynąć ze sztolni "Sylwester" do sztolni "Ewa". Ruszyliśmy w las, dokładnie nie wiedząc, czy dobrze idziemy. Trochę się zaczęło mi się dłużyć, jak tak szliśmy. Mieliśmy jeszcze troszkę czasu i na szczęście sztolnia ukazała się po naszej lewej stronie wśród liści. Niepozorny, mały budyneczek. Podeszliśmy do budynku, a pan przewodnik zamknął nam kratę przed nosem. Wyglądało to dosyć komicznie, ponieważ nie zareagowaliśmy w żaden sposób typu: "Halo, my też na zwiedzanie", ale gapiliśmy się ze smutnymi minami jakby odcięto nam ostatnie wyjście na świat. W końcu przewodnik zajęty czymś jeszcze odwrócił się w naszą stronę i spytał gburowato: "Wy też na zwiedzanie? To trzeba gadać". Pomyślałam sobie: Nie, nie. My tak sobie tylko stoimy i gapimy się, wciskając nosy przez kratę. Po zapłacie w łapę, zaczęliśmy schodzić na dół. Schody kręciły się w dół jakieś 30 metrów i robiły się co raz bardziej śliskie. Po tym jak robiło się co raz ciemniej i co raz dłużej szliśmy zaczęliśmy wydobywać z siebie jęki, że to się nigdy nie skończy. Kiedy nasza cierpliwość już powoli się kończyła w końcu dotarliśmy na sam dół. Odetchnęliśmy z ulgą (przynajmniej ja). Naszym oczom ukazał się bardzo wąski korytarz wypełniony wodą. Przed nami stała już mała grupka ochotników. Przewodnik, któremu mogliśmy się teraz lepiej przyjrzeć był niewielkim, znudzonym jegomościem w średnim wieku w okularach, który z miną "Ech znów muszę opowiadać te głupoty" przedstawił się i zaczął wyciągać łódki długim prętem. Skryte były pod naszymi stopami (staliśmy na zabudowaniu z drewna). Powoli zaczęliśmy wchodzić do środka, a nasze łajby chybotały się nieprzyjemnie. Miechu zaczęła panikować, co wykorzystałam gdy już płynęliśmy. Woda nie jest głęboka, ale wiadomo, że przy temperaturze 10 stopni (tak, mieliśmy kurtki!) raczej ciepła nie była. Przewodnik twierdził, że jeżeli wywróci się jedna łódka, to inne również i trzeba będzie iść piechotą z wodą do kolan. Te jego groźby mnie przerażały! Musiał mnie bacznie obserwować, bo cały czas pryskałam swych towarzyszy wodą. Ruszyliśmy mozolnie. Przewodnik stał na samym początku łódek (na dziobie, jak na prawdziwego kapitana przystało!) i odpychał się od ścian. Jednostajnym głosem opowiadał o sztolni.
Miechu chciała robić zdjęcia oczywiście ze fleszem, ale przewodnik-maruda za każdym razem zwracał jej uwagę, że świeci mu po oczach i nie wie gdzie ma się odepchnąć. Magda chciała jeszcze spróbować z dwa razy, ale starszy jegomość był nieustępliwy. Więc zdjęcia jakie wyszły takie wyszły, moja lustrzanka też słabo dawała radę. Mijając kolejne ściany, przewodnik odzywał się co chwilę mówiąc coś w stylu: teraz mijamy bramę miłości, a teraz mijamy bramę lenistwa, a teraz pracowitości. I okazywało się, że gdy spadła dana kropla ze ścianki na głowę, to się było wypełnionym miłością, lenistwem lub było się pracusiem. Myślę, że dzieci miałyby z tego radochę. My w sumie trochę też, tylko nie chcieliśmy tych kropel lenistwa, bo już byliśmy bardzo rozleniwieni. Szczerze mówiąc to ten przewodnik przypominał mi nauczycielkę z matematyki, która czepiała się wszystkiego co powiedziałeś lub zrobiłeś cichaczem. Chyba miał naprawdę dość swej pracy. Natomiast płynięcie łódkami w sztolni to ciekawe doświadczenie. Gdyby nie monotonny głos marudy, to słyszelibyśmy tylko spadające krople wody i ciche stuki łódek odbijanych o ściany. Sztolnia Czarnego Pstrąga - ponieważ wiele lat wstecz miejsce było pełne pstrągów, ale z czasem zaczęły znikać. Dopiero od kilku lat można spotykać gdzieniegdzie przepływające stworzonka i latające nietoperze nad uchem. Na koniec czekały na nas schody, tym razem w górę. Byłam szczęśliwa będąc znów na powierzchni. Zdążyliśmy zrobić sobie kilka zdjęć, gdy się rozpadało. Przeczekaliśmy pod drewnianym dachem aż się przejaśni, a potem ruszyliśmy do samochodu.

    Kolejnym etapem było zjedzenie ciasta, upieczonego przez Prosiaczka lub jej mamę. Właśnie tego dokładnie nie pamiętam, ale było pyszne, chyba z rabarbarem.W tym momencie przyleciała osa i musieliśmy się schować do samochodu. Po napojeniu swego organizmu ruszyliśmy do "Źródełka Młodości". Jest to miejsce skąd wypływa woda (jak sama nazwa wskazuje), źródełko jest ciekawie obudowane. Można sobie usiąść w cieniu drzewa i odpocząć. Woda była podobno zdatna do picia, ale ostatnio wykonano badania i zabroniono jej spożywania. Źródełko istnieje tu od bardzo, bardzo dawna. Dopiero w 1969 roku Stowarzyszenie Miłośników Ziem Tarnogórskich przekształciło je w turystyczne miejsce. Można zauważyć wiele ciekawych kamieni w obudowie muru, w tym kamienie graniczne. Nawiązując do kamieni granicznych, to jeden znajduje się zaraz obok "Źródełka Młodości". Wyryta na nim data i napis upamiętnia podpisanie traktatu wersalskiego. Jest nazywany również "Głównym kamieniem granicznym", ponieważ znajdował się na granicy polsko-niemieckiej, między Reptami a Stolarzowicami.
    Jadąc wyżej dotarliśmy do niewielkiego wzniesienia gdzie znajduje się kościół, według informacji jakie znalazłam jest umiejscowiony na wzgórzu na wysokości 320 m n. p. m. Kościół pw. św Mikołaja powstał dosyć niedawno bo w 1871 zakończyła się jego budowa. Przed nim istniał inny kościół, ale ze względu na zły stan techniczny został rozebrany i powstał nowy, który opisuję. Cmentarz, który znajduje się zaraz za kościołem jest niewielki. Za muru ze wzgórza można było oglądać rozciągający się las i pola. Brakowało żywej duszy. Niestety sam kościół był remontowany i nie można było wejść w tym dniu do środka. Mimo to cisza jaka nas dotykała była niezwykła. Fotografowałam nagrobki najciekawsze według mnie. Znalazłam jeden umiejscowiony w cieniu wielkiego drzewa. Przestrzeń pozwalała tu odetchnąć.

    W Reptach Śląskich w pięknych czasach znajdował się również zamek. Został wybudowany przez Guido Henckela von Donnersmarck pod koniec XIX wieku. Teren na którym miał powstać był ogromnym lasem, który istniał od dawna, zaznaczany jest nawet na średniowiecznych mapach (po tym lesie też spacerowaliśmy idąc i wracając ze sztolni)! Ziemie przekształcono w park w stylu angielskim, sprowadzono z całego świata drzewa i rośliny: buki japońskie, tulipanowce, chojna kanadyjska, różne odmiany dębów, buków, kasztanowców, sosny wejmutki, platanowce oraz wiele innych. Wyobraźcie sobie jak wspaniale musiał wyglądać ten zamek w otoczeniu pięknego ogrodu, przez który przepływała rzeczka Drama tworząc urokliwą dolinę. Pałac pełnił funkcję zamku myśliwskiego. Swojego czasu na zaproszenie przybył tu cesarz Wilhelm II. Ale... wszystko co piękne musi się skończyć w tym okrutnym świecie. W 1945 roku zamek został spalony, a majątek wywieziony. Stał jeszcze przez kilka lat i popadał w ruinę, wiec podjęto decyzje o wysadzeniu - 3.06.1966, przez okres dwóch lat od tej smutnej daty trwały jeszcze prace odgruzowywania. W latach 70-tych wybudowano na miejscu pałacu Górnośląskie Centrum Rehabilitacji. Po zamku pozostał piękny park, w którym teraz spacerują leczące się i odpoczywające osoby.

   Kończąc naszą podróż i wracając z Rept odwiedziliśmy pałac w Nakle Śląskim. Pałac należał do bytomskiej-siemianowickiej linii rodu, hrabiego Hugona I Henckel von Donnersmarck (1811-1890). Wcześniej prawdopodobnie istniał na miejscu pałacu dwór, ale niewiele o nim wiadomo. Wokół rozciąga się park krajoznawczy, który w porównaniu do innych miejsc, gdzie znajdziemy pałace (lub i nie) Donnersmarck'ów - ten jest niewielki. Po drugiej stronie ulicy zobaczymy zabudowania gospodarcze

Kiedyś stały tam potężne stajnie (zburzone w latach 60), bo w czasach swojej świetności Nakło słynęło na całą Europę z hodowli koni wyścigowych pełnej krwi.*

  Okazało się że w środku pałacu znajdują się wystawy, w 2012 roku po remoncie (ale tylko wnętrz) Pałac w Nakle Śląskim stał się miejscem, w którym funkcjonuje Centrum Kultury Śląskiej. Wygląda to trochę smutno, niektóre pokoje były otwarte i można było zajrzeć do środka, pozostało kilka mebli z wyposażenia, resztę zajmują obiekty artystyczne oraz większa sala konferencyjno-koncertowa.

Jak pisze Dariusz Pietrucha - Prezes Stowarzyszenia na Rzecz Zabytków Fortyfikacji "Pro Fortalicium"

Niby wszystko jest w porządku, ale miałem nieodparte wrażenie, że coś jest nie tak... [...] Wiele pałaców marzy o dniu, gdy ktoś wyłoży pieniądze na ich renowację. Tylko że jak wyjdzie się na zewnątrz i spojrzy na zaniedbaną fasadę pałacu (a szczególnie na wieżę), trochę żal. Ale miałem nie narzekać...*

Rzeczywiście mieliśmy dosyć podobne wrażenie. Chociaż ja staram się widzieć w tym coś pozytywnego, pałac dalej można zwiedzać jako pałac, a on sam być może zarabia więcej jako obiekt wystawiennicy. Tylko czy te pieniądze idą na dobro pałacu? Może jednak troszkę żal...


*Dariusz Pietrucha, Śląskie ślady Donnersmarcków (cz.1). Odkrywca 2014, nr 7, str 53 - 59.
Zajrzyjcie na:
www.repty.ugu.pl
www.kopalniasrebra.pl/sztolnia/sztolnia.php













































Komentarze

Popularne posty