Wyspy Alandzkie - pierwsze wrażenie
"Morze to wielkie stworzenie, które jest czasem w dobrym humorze, a czasem w złym, i nikt z nas nie wie dlaczego. Bo my widzimy tylko powierzchnię wody. Ale dla tych, co lubią morze, jest to obojętne… kocha się na dobre i na złe."
- Tove Jansson
Wyspy Alandzkie udało się nam jedynie "liznąć". Takie zupełnie pierwsze spotkanie nastąpiło z okienka samolotu, kiedy to słońce swoim lśniącym błyskiem otuliło morze i rozsiane na sporym obszarze wyspy. Poczułam wtedy niesamowitą radość i niecierpliwość w brzuchu. Nie spodziewałam się jednak, że uda nam się również choć trochę poznać te wyspy.
Któregoś mglistego poranka wyruszyliśmy na rejs małą łajbą kolegi wujaszka. Kolega jako kapitan był dosyć marudną osobą o czym wujaszek Kevina zdążył już nam powiedzieć. Byliśmy więc przygotowani na to, że kapitan rządzi i jego trzeba się słuchać. Pan Kapitan nie był taki zły, jego osobowość dało się w pełni zaakceptować, jeżeli zna się syndrom Polaka za granicą, który już na miejscu się ładnie osiedlił i uklepując swoje życie w ciepłym gniazdku zna się i może teraz dowodzić.
- Jeżeli powie, że nie płyniemy, to nie płyniemy. - mruknął wujaszek spoglądając w niebo, a pogoda była pochmurna.
Pomyślałam, że szkoda. Z drugiej strony w Finlandii każdy może mieć małą łódkę na własność i pływać nią po okolicach, więc trochę martwił mnie rejs, a właściwie doświadczenie w kierowaniu łajbą pana Kapitana.
Jegomość w końcu nadszedł. Po wymienieniu wszelkich pozdrowień i po krótkiej pogawędce (i po kilku zdjeciach selfie-i-nie-selfie Gucia) wpakowaliśmy się na łódkę. Łódka mała, ja jako jedyna kobieta w towarzystwie czterech panów nie musiałam nic robić... i całe szczęście! Było tak okropnie zimno, że wolałam schować nos w kołnierzu kurtki niż nawet kiwnąć palcem.
W końcu Kapitan odpalił terkoczący silnik i popłynęliśmy w otwarte morze. Z opadającej mgły wyłaniały się wybrzeża Raumy o charakterze industrialnym, budujące się statki, statki transportowe, piramidy kontenerów, podsumowując - nic ciekawego. Kapitan spokojnie kierował swą łajbą, a na sonarze (chyba tak to urządzenie się nazywa) wyświetlały się w formie komputerowej skały i ryby, które znajdowały się kilka i kilkadziesiąt metrów pod naszymi stopami. Mijaliśmy kilka statków, m.in. ratowniczy i żaglówkę ze spokojnymi Finami na pokładzie. Zaczęły nam się pokazywać pierwsze wyspy, a na nich piękne domy mieszkańców Wysp Alandzkich. Było umiejscowione bardzo blisko morza i patrząc na nie zastanawiałam się jak to jest mieszkać tak blisko wody i być z nią związanym przez całe życie. W końcu ci ludzie właśnie w taki sposób tu żyją.
Przewinę trochę historię do momentu gdy znaleźliśmy się na pierwszej wyspie.
Niestety nie pamiętam nazw tych miejsc, nie jestem też pewna czy te nazwy miały. Wylądowaliśmy bowiem na maleńkiej wysepce z latarnią morską, na której to znajdował się punkt obserwacyjny. Oczywiście była zamknięta. Niestety, przyjechaliśmy do Finlandii już po sezonie. Przy brzegu znajdował się mały statek jednostki ratowniczej i mnóstwo samych ratowników, którzy patrzyli na nas pogodnie. Jeden zwrócił nam uwagę, że nie możemy tu cumować zbyt długo, ponieważ zjawią się za chwilę inne jednostki. Wujaszek szybko im wyjaśnił, że jesteśmy tu tylko na chwilę w celach turystycznych. Fin uśmiechnął się i kiwając głową życzył nam udanej przechadzki.
Latarnie morską otaczało skaliste wybrzeże, między tymi skałkami można było śmiało przechodzić i wśród zagłębień dopatrywać się dziwnych stworzonek. Ja znalazłam coś takiego, prawdopodobnie był to jakiś gatunek krewetki, który biegał szybko po dnie małego oczka wodnego jakby czegoś szukał. Wujek opowiadał nam, że latem z tych oczek wyławiał ryby i wpuszczał z powrotem do morza, wpływały tu, gdy nadchodził przypływ. A tak musiały czekać do momentu aż woda znowu się podniesie. Grunt był dosyć śliski, cały krajobraz pomimo zachmurzonej pogody robił niesamowite wrażenie, a dziwne stworzonka znalezione przeze mnie przypominały mi istoty rodem wzięte z Doliny Muminków. Na wybrzeżu znajdowała się również mała sauna, we wnętrzu przygotowane były już węgle. Z drugiej strony wyspy znajdował się rezerwat dla ptaków.
Po jakimś czasie wracając w stronę wybrzeża Finlandii dopłynęliśmy na inną wyspę o charakterze militarnym. Wpierw znaleźliśmy się w pierwszej części bardziej turystyczno-wypoczynkowej. Tutaj Finowie latem przypływają i urządzają sobie pikniki. Znajdowało się tam też sporo budynków pomalowanych na czerwony kolor, gdzie można było wykupić nocleg. Wojtek zabrał nas głębiej w las, okazało się, że jest tu szlak, który obchodził wyspę dookoła i przy okazji można było zobaczyć pozostałości po II wojnie światowej. Tutaj żółty szlak był oznaczony na kamieniach. Moje buty zanurzały się głęboko w obficie wilgotnym mchu. Stąpaliśmy dalej docierając w końcu do niewielkich wzniesień na których znajdowały się działa wojenne, cały czas użytkowe. Wystarczyło zdemontować przednią część i pach, pach po tobie. Wyspy są cały czas przygotowane w razie ataku wojennego. Gdybym była chłopcem pewnie rozpisywałabym się o tej wyspie z ogromną smakowitością słów, ale nie jestem niestety. Te widoki, czyli: pozostałości bunkrów, wysokich strzelnic i okopów wprowadzały mnie w pewnego rodzaju nieprzyjemne napięcie, choć z zainteresowaniem wyobrażałam sobie jak to musiało kiedyś działać i wyglądać. Jesień dotarła w pełnej krasie do Finlandii i pokolorowała drzewa na rozmaite żółtawe odcienia. Gucio co chwilę znikał nam z widoku robiąc kolejne fotki siebie i obiektów militarnych. Nagle usłyszeliśmy jego okrzyk radości. Podbiegł do nas trzymając w rękach grzyby.
- Uwielbiam grzyby! Kule, a tutaj jest ich ogrom! - ucieszył się i znajdując w plecaku reklamówkę zaczął ładować co się da i znikał nam co chwilę za kolejnym krzakiem. Rzeczywiście grzybów masa, a i czerwonych, lśniących muchomorów, wielkich jak moja otwarta ręka.
Wyszliśmy na chwilę z lasu ku brzegowi i znaleźliśmy kolejną saunę, jak i miejsce na ognisko z kratą grillową. Zdziwiłam się, że jeszcze nie znalazł się tu złomiarz, który z łatwością by to sprzedał. W Finlandii nic się nie gubi, nawet sauna była odpowiednio zamknięta, a zamek nie był wyłamany.
Wydawało się, że wyspa jest mała, ale droga się ciągnęła. Był nawet moment, że zgubiliśmy gdzieś nasz szlak i szukaliśmy go po pobocznych kamieniach wypatrując żółtego koloru. Na szczęście odnalazł się! Gorzej z Guciem, który znikł gdzieś robiąc sobie chyba zdjęcia grzybów.
- Guciu, gdzie jesteś?! - wołaliśmy, a Gucia nie ma.
Kevin wywrócił oczami i westchnął, ale w końcu oboje z wujkiem ruszyli go poszukać. Oczywiście Gucio się znalazł, ale euforia grzybowa nadal trwała, więc trasa nam się wydłużyła czasowo. Co nawet zauważył Kapitan Maruda, który znając już te tereny nie wybrał się z nami, ale czekał w pierwszej części piknikowej. Gdy wróciliśmy powitał nas marudnym januszowo-wąsatym głosem:
- Co tak długo? Ja już tu czekam godzinę.
- A, Gucio zbierał sobie grzyby.
Gucio był bardzo szczęśliwy, bo zebrał całą reklamówkę jadalnych grzybów.
Trochę pokropiło, na szczęście zdążyliśmy się skryć i trochę ogrzać w środku jednej z piknikowych części budynku, w której znajdowały się siedziska i miejsce na grilla.
Powoli wracaliśmy drogą morską do Raumy, właściwie to... zepsuła nam się łódka przy odpalaniu silnika. Coś się w tym sprzęcie zacięło, od razu wiedziałam, że coś jest z tym nie tak! Nie uśmiechało się nam (bo byliśmy już na pełnym morzu) machać wiosłami do brzegu Finlandii, Chyba trochę by to zajęło. Ja się zmartwiłam, bo byłam głodna. Pan Kapitan i reszta panów, prócz Gucia, który pilnował swoich grzybów (zupełnie jak Paszczak swoich znaczków) w końcu po 15 minutach majsterkowania pod naszymi nogami w silniku odpalili go! Na szczęście udało się nam w całości dopłynąć do Raumy.
Niestety grzyby Gucia miały zupełnie inny finał swej historii już w mieszkaniu, ale... to już zupełnie inna opowieść.


































Komentarze
Prześlij komentarz