Rauma, czyli pierwsze spotkanie z Finlandią







"Gdy Bóg tworzył świat, zapomniał oddzielić w Suomi wodę od ziemi.
"
                                 - przysłowie fińskie












   W zeszłym roku postanowiliśmy wyruszyć do Finlandii. Zawsze marzyłam o odwiedzeniu Północy, zobaczeniu zorzy polarnej i pocztówkowego widoku małych domków, z których wyłania się ciepło domowego ogniska w środku nocy. Oczywiście byliśmy na południu tego kraju, więc zorzy polarnej i zimy nie ujrzałam (nie spotkałam też Samów i biegających reniferów), ale za to doświadczyłam wielu innych rzeczy i to takich, które zapamiętam na długo.
Chcieliśmy odwiedzić wujka od Kevina, który tam pomieszkuje. Już jakiś czas umawialiśmy się na odwiedziny. W końcu kupiliśmy bilety i postawiłam swoich rodziców (głównie mamę, bo tato na jej słowa o tym, że nigdzie nie jedziemy mruknął: Ach niech mają!) przed aktem dokonanym. Kupiliśmy bardzo tanie bilety lotnicze z Gdańska do Turku, stamtąd miał nas odebrać Wojtek (wujek Kevina). A do Gdańska słynnym Polskim Busem.
  Chyba najbardziej z tego wszystkiego stresowała mnie sama myśl o tak długiej i niewygodnej podróży, ale czego to już człowiek nie doświadczył. Jakoś wytrwaliśmy te 9 godzin i znaleźliśmy się w Gdańsku bardzo późną, nocną porą. Mieliśmy wylot do Finlandii dopiero w okolicach godziny ósmej. Czułam się jak mała kropelka w wielkim oceanie. W niesamowity sposób znaleźliśmy odpowiedni przystanek autobusowy i nocnym autobusem pojechaliśmy na lotnisko. Bardzo dużo ludzi wsiadło wtedy z nami, łącznie z wesołymi chłopakami, którzy wypili zbyt dużo i jeden głośno oznajmiał wszystkim, że zaraz nie wytrzyma. W końcu wyskoczyli po drodze i oddali się potrzebie (z ogromną ulgą chyba ich i ludzi w autobusie, a kierowca mając uciechę jeszcze zwalniał). Po 40 minutach jazdy opustoszałymi ulicami znaleźliśmy się na lotnisku. Myślałam, że będzie ogromne, a jest malutkie i w rozbudowie. Żywej duszy nie spotkaliśmy w środku, dopiero po przejściu ujrzeliśmy małą kawiarenkę z pufami, na których smacznie chrapali inni wędrowcy, czekający tak jak my na swoje loty. Kawiarnia była zamknięta. Wszystko bym dała za łyk kawy i zjedzenie czegoś ciepłego. Kevin wyruszył na zwiady, a ja przytulając nogami torby zasnęłam wśród innych pasażerów. Kiedy wrócił trzymał dwie kawy i zapiekanki, niedaleko znalazł stację benzynową i tam się zaopatrzył. Ludzie wyczuwając co posiadamy zaczęli się budzić i podchodzili do nas jak zjawy pytając gdzie kupiliśmy drogocenny nektar bogów.
  W samolocie zetknęłam się z Finami, którzy w piękny sposób rozprawiali o czymś ważnym, może o polityce, a może o pogodzie, gestykulując przy tym. Co rzuciło się w oczy to niesamowicie błękitne oczy, a fiński to język, którego mogłabym słuchać godzinami. Byłam podekscytowana.
Nim człowiek usiadł wygodnie - samolot już lądował. Za oknami ujrzeliśmy Wyspy Alandzkie, które tworzyły niesamowite wzory z góry. Chciałam już być na dole.
Wylądowaliśmy, na zewnątrz wczesny ranek, a lotnisko w Turku wyglądało niczym wzięte z serialu "Przystanek Alaska", pas startowy, dwa terminale, czyli malutkie budynki i wokół las, las, las. Niesamowite kolory drzew. Był październik. W Finlandii jesień trwa trzy tygodnie i jest to podobno najpiękniejszy okres. Trafiliśmy na ten moment. Drzewa lśniły w kolorach intensywnej pomarańczy i żółci.
   Na miejscu okazało się, że samochód Wojtka miał awarię i przyjedzie po nas inny kolega. To trochę dłuższa historia, powiem tylko tyle, że ów kolega jechał jak wariat wyprzedzając na trzeciego, Finowie natomiast zawsze jadą zgodnie z przepisami, zawsze! Mandaty są tam bardzo wysokie i określane są według pensji danej osoby. Ja jednak miałam wszystko gdzieś i spałam jak zabita. Liczyło się to, że jesteśmy w końcu w Finlandii!

  Mieszkaliśmy w Raumie, niedaleko wspaniałej starówki - wpisanej na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Vanha Rauma, to zespół zabytkowy, urbanistyczny z drewnianą zabudową, czyli ponad 600 niesamowicie klimatycznych domków. Można zagubić się na chwilę w labiryncie uliczek i po prostu wędrować. W samym środku starówki znajduje się mały ryneczek, gdzie Finowie sprzedają kwiaty i znajduje się ratusz z zegarem na czele.
Miło jest oglądać wystawy sklepowe, wiele ciekawych rzeczy Finowie potrafią zaprezentować (widać, że są dumni z tego co posiadają), od koronkowych materiałów (Rauma jest z tego znana, co roku organizowana jest tam impreza - święto koronkarstwa), specyficznych ubrań, maskotek ręcznie wykonanych, urokliwych wyrobów piekarza, a kończąc na książkach i gadżetach związanych z Muminkami i samą Tove Jannson.
  Sama Rauma, to jedne z najstarszych miejsc w Finlandii. Pochodzi z połowy XIV wieku, rozbudowane wokół klasztoru franciszkanów, uległo jednak pożarowi, więc zostało obudowane (w XVII), do dziś właśnie przetrwały budynki z XVIII wieku, czyli słynna starówka. Na niektórych domach można zobaczyć tabliczki z datami wybudowy.
Przechodzimy przez mały mostek nad płynącym wartko małym strumieniem. Kaczki wesoło brodzą w wodzie. Weranda mostu przyozdobiona jest kłódkami, na których napisane są imiona zakochanych, miłość na zawsze zamknięta w symbolu wieczności. Z takim samym sposobem wyrażania uczuć spotkałam się we Włoszech, o czym możecie poczytać przy okazji tutaj. Po drugiej stronie znajduje się kościół klasztoru franciszkanów pod wezwaniem św. Krzyża, który jako jedyny dotrwał z XV wieku. W środku znajdujemy skromne wejście i ciszę. Brak żywej duszy, ale miejsce przyjemne. Trochę się wystraszyłam, bo zobaczyłam, że ktoś z boku jednak siedzi i trzyma modlitewnik. Okazało się, że to figura starszej kobiety, która przedstawia członkinię parafii, w dłoniach dzierżyła śpiewnik. Nie wiem czy Finowie po prostu lubią rzeźby różnego typu, czy ta starsza kobieta zaklęta w martwy twór ma uosabiać pustkę w kościele, lub ją zapełnić. Nie zastanawiając się jednak nad tym dłużej trzeba stwierdzić, że pielgrzymów nie było tam za wiele.
Inną ciekawą rzeźbą, były dojrzałe kobiety w strojach kąpielowych i z obfitszymi kształtami. Śmieją się one, a może wyśmiewają potwora morskiego, który chciał je przestraszyć. Potworem jest żaba z koroną na głowie, być może królewicz Raumy. Nie dowiedziałam się niestety do czego to przedstawienie nawiązuje, ale wszystko toczy się w pobliskim kanale wodnym, który przepływa przez całe miasto.
  Sami mieszkańcy potrafią wykorzystać, tak jak wspominałam swoje dobra (pewnie jeszcze wiele razy będę o tym mówić), jeden z budynków na starówce został przekształcony w japońską restaurację (mam nadzieję, że to restauracja i japońska, znaki kanji jeszcze nie są i nie wiem czy będą moją mocną stroną :)). Przekształcony, to zbyt mocne słowo - po prostu dodano charakterystyczny napis i powieszono lampiony, wyglądało to bardzo charakterystycznie i ciekawie.
Robiłam właśnie zdjęcia jednego z budynków oraz swoich towarzyszy, gdy nadjeżdżał samochód, więc poczekałam aż przejedzie. A tu niespodzianka! Kierowca się zatrzymał i pokiwał mi z uśmiechem, żebym zrobiła zdjęcie, on poczeka. Niesamowite. U nas nikt by nawet nie zauważył, że wykonujemy zdjęcia i może swoją maszyną coś zasłonić, czy przeszkodzić. Innym razem idąc chodnikiem starszy Fin zaczął śpiewać jadąc rowerem, żebyśmy mu ustąpili z drogi, potem przejeżdżając pięknie nam podziękował i ruszył dalej. Rzeczywiście Finowie w takim miejscu jak Rauma, czyli malutkie miasteczko byli bardzo pomocni i mili, każdy też, czy to dziecko, czy staruszka potrafili płynnie mówić po angielsku. Wszędzie szło się dogadać. Zupełnie inni ludzie są w większych miastach, jak na przykład Tampere, które również odwiedziłam (zamknięci, niezbyt przychylni i niesympatyczni, szczególnie młodzież).
  Wracając jednak do Raumy: każdy tam jeździ na rowerze, nasz kolega Gucio, który wiele zwiedził i wiele doświadczył, stwierdził, że nawet w Holandii nie widział tyle rowerów, co tutaj. Ogrom rowerów! Ja też musiałam spróbować, nie jeździłam dosyć dawno, więc szło mi opornie, ale gdy się rozpędziłam, to jazda po idealnych chodnikach bez dziur i przykrych niespodzianek była czymś cudownym! Ale jak to ja, musiałam się przewrócić, wjeżdżając na malutką górkę na trawniku i skręcając. Wszyscy ubaw mieli ze mnie po pachy, nic nowego!
  Będąc w Raumie polecam spacer wieczorem po starówce, miasteczko wydaje się śnić, ale z okien wypływa ciepłe światło. Finowie nie mają firan, więc wszystko widać co dzieje się u nich w domu: rodzina siedząca na kanapie, blondwłosa mama, która opowiada coś swoim synom, dzieci odbijające nadmuchanego balona, dziadkowie czytający gazetę. My patrzymy, ale oni nie patrzą, przyzwyczajeni, że jest to niegrzeczne i nie wolno komuś wpatrywać się w okno. Dom to sfera zamknięta dla osób z zewnątrz. Odwracam więc wzrok i mijamy kolejne domy otulone światłem nocnych latarni. Niektórzy Finowie dzielą się z gośćmi dobrobytami ze swoich ogrodów, przy jednej uliczce, zaraz przy bramie z niskiego żywopłotu stał stołek z miską wypełnioną jabłkami. Każdy kto chciał mógł się poczęstować.
  W Raumie znajduje się też zabytkowa lokomotywa, to miejsce jest już bliżej małego portu. W porcie znajduje się wieża przypominająca latarnię morską i stary budynek muzeum. Mieliśmy niestety pecha, wraz z październikiem sezon się kończył i wszystko było zamknięte. Cóż, Rauma to miejsce fantastyczne, ale szczególnie w sezonie letnim. Można wtedy prócz samego zwiedzania pobliskich okolic i miejsc skorzystać z kąpieli na pobliskiej plaży, gdzie odbywają się festiwale powitania i pożegnania lata.
  Najpiękniejszym momentem było odwiedzenie portu i właśnie okolicznej plaży. Zaczynał się zachód słońca, niektórzy Finowie chowali już swoje łodzie i zamykali ten sezon pływacki. A my podziwialiśmy widoki. Ziemia to wznosiła się, to znów opadała, tworząc faliste kształty. Człowiek mógłby siedzieć i siedzieć w tej niesamowitej ciszy całą wieczność i żegnać słońce. Wzruszenie mnie ogarnęło, gdzieś w głębi siebie marzyłam o tym miejscu, a teraz stałam tam fizycznie i chłonęłam wszystko dookoła. Czy to Finlandia wywołała u mnie te silne odczucia, czy po prostu zachód słońca, tego nie wiem, pomyślałam jednak, że chcę tu jeszcze kiedyś wrócić.

*

Zaniedbałam bloga niestety. Sporo teraz pracy związanej ze studiami, piszę w końcu pracę licencjacką.
Miało być o Gruzji ostatnio, z tej bardziej mistycznej strony, ale się nie udało. Obiecuję jednak, że notka o tym pojawi się, jak i również o tym co widziałam w okolicach Raumy (a jest tego trochę).
Pozdrawiam czytelników ciepło (ktoś tu jeszcze zagląda? :))!



                                    




































Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty