Batumi, ech Batumi
W swych wędrówkach przeszłyśmy wiele miast
Wiele mórz i rzek, wiele gór wśród gwiazd
Ale miasto, o którym śpiewamy dziś
Milsze jest, bo z nim wiążą się nasze sny.
Batumi, ech Batumi
Herbaciane pola Batumi
Cykadami dźwięczący świt
Świadkiem był szczęścia chwil.
Batumi, ech Batumi
Herbaciane pola Batumi
Cykadami dźwięczący świt
Świadkiem był szczęścia chwil.
Z ciężkim sercem żegnamy Gruzji brzeg
Śpiew twój dźwięczny jak drogi echo biegł
Dziś gdy oczy przymkniemy widzimy znów
Obraz ten, to marzenie naszych snów.
Batumi, ech Batumi
Herbaciane pola Batumi...
Batumi leży sobie w pięknej krainie o nazwie Gruzja. Jak mówią niektórzy jest to najmniej gruzińskie miasto, ze względu na wpływy zewnętrzne, które coraz mocniej nacierają na ten kraj. Znajduje się na wybrzeżu Morza Czarnego, które obmywa jego kamieniste plaże i chłodzi tysiące rozgrzanych stóp. Akurat trafiliśmy na rozpoczynający się tam Black Sea Jazz Festival 2014, gdzie występowali m.in. KOOL AND THE GANG (któż nie zna ich słynnego hitu Celebration czy Get Down On It?). Więc festiwal trwał, a my umiejscowieni w najpiękniejszym jak na razie hotelu w Batumi czyli Sheratonie mijaliśmy artystów na korytarzach, gdzie również pomieszkiwali czy jadaliśmy codziennie te same do znudzenia śniadania. Po tygodniu objazdówki po tym ciekawym kraju przyszło nam pławić się w luksusach. Powiem wam, że luksusy są najbardziej nudne na świecie. Piszę jednak o Batumi, bo ujrzenie morza było czymś pięknym i tęskniłam za tym widokiem. W Batumi do białego rana trwają imprezy po samo centrum miasta, a na plaży kończąc. Idąc promenadą można spotkać ludzi różnych narodowości, specyficznie poubieranych, krzykliwych i ciągle gadających. Różne budki z lodami, hot dogami czy hamburgerami, pokazy filmów 5D, karuzele dla dzieci, strzelnice i wiele innych rzeczy, aby wypełnić sobie czas. Zadowoliłam się lodem, który bardzo szybko topniał w wysokiej temperaturze. W centrum miasta znajdują się duże fontanny, które o godzinie 21:00 rozpoczynają swój spektakl, w rytm muzyki czy to Stinga czy latynoskich brzmień strzelają na wysokość 30 metrów wywołując cichy zachwyt wśród odbiorców. Miałam okazję towarzyszyć parze młodej, która miała sesję fotograficzną właśnie przy tych fontannach. Delfinarium też się tam znajduje, ale nie chcąc wspierać takich inicjatyw nie skorzystałam.
Minęłam również z Kevinem chłopca stojącego przy wadze, który prawdopodobnie na tym zarabiał. Przypomniały mi się Indie, gdzie pucybutów czy fryzjerów, którzy żyletką golili swoich klientów można było spotkać na ulicach.
- Jak się nazywa facet, który waży klientów? Ważyciel? - spytałam Kevina, który kroczył obok mnie.
- Ważniak.
Uśmiechnęłam się. Mówi się, że Batumi rzeczywiście jest miastem, który najbardziej kroczy za wpływami zachodnimi. Mimo to, Gruzini nie potrafią tym jeszcze dobrze rozporządzać. Samochody jeżdżą jak chcą i gdzie chcą, szybko, wyprzedzają na trzeciego i nigdy, podkreślam NIGDY nie zatrzymują się, aby przepuścić pieszego. W Indiach w tym wielkim chaosie i zgiełku, panuje jakiś porządek, tutaj w Gruzji, jako pieszy nie czułam się bezpieczna. W Batumi nie spotkałam się z żadnym supermarketem, a i sklepów jest naprawdę mało i trudno znaleźć jakiś dobry, gdzie można się zaopatrzyć. Nie wspominam już o pamiątkach, ciężko jest znaleźć sklep z porządnymi koszulkami z Gruzji czy czymś naprawdę wartym uwagi. Knajpki są, ale maleńkie, gdzie przed sklepem stoją z trzy, dwa stoliki, bądź jeden z plastikowymi krzesełkami. Są to głównie bary czy kawiarnie, samych restauracji, gdzie można zjeść ich specjały w Batumi jest mało. Często spotyka się właśnie wspomniane wyżej bary z fast foodami. Idzie to w złym kierunku i trochę się w tym chaosie ulicznym zmęczyłam. Bo właśnie, kiedy samochód gruziński jest zepsuty? Kiedy nie działa mu klakson. Gruzini pozdrawiają się używając klaksonu i okazują zdenerwowanie również naciskając kierownicę. Co drugi samochód w Gruzji nie ma zderzaka, ale to nie przeszkadza w poruszaniu się.
Idąc ulicą, kiedy żar lał się z nieba, powiedziałam do Kevina trzymając się za ręce lepkie od potu, że w Polsce rozmawiając z drugim człowiekiem potrafię odgadnąć jego mimikę twarzy, tutaj Gruzini mówią głośno i ciężko jest mi ich rozgryźć. Kevin uśmiechnął się do mnie ciepło. Nasz polski przewodnik opowiadał nam o tym, jak widział grupę starszych Gruzinów, którzy mówili o czymś gestykulując żwawo i wręcz krzycząc. Okazało się, że po prostu spokojnie rozmawiają, który poeta gruziński jest lepszy według nich.
Trochę o kuchni gruzińskiej: Jest to bardzo prosta kuchnia. Najbardziej charakterystyczne są oczywiście chinhali, czyli ich pierogi zawiązywane jak sakiewka od góry. W środku znajduje się mięso. Powinno się je jeść odgryzając ten supełek i wypijając wodę znajdującą się w środku, spotkałam się ze słowem rosół, chociaż jest to po prostu woda, w której ugotowało się mięsko, dopiero potem zjadamy całość.
Chaczapuri: rodzaj pizzy gruzińskiej, wykonany z ciasta podobnego do wyrobu makaronu, pomiędzy dwoma plasterkami tego ciasta znajduje się nadzienie i najczęściej jest to ser, lecz nie żółty, a raczej coś w rodzaju koziego - bardziej słony. Są też z nadzieniem mięsnym, ale i jadłam chaczapuri na słodko, było pyszne! Chociaż usta aż bolały od nadmiaru słodkości, a oczy szkliły. Są też chaczapuri robione po adżarsku, gdzie na środku rozgrzanego ciasta w kształcie łódeczki dodaje się jajko, które trzeba wymieszać i oczywiście skonsumować. Po za tym używa się bakłażanów i podaje w rożnej postaci, np. zapiekane z serem, podobnie robi się z pieczarkami, które w okrągłym garnuszku zapieka się z dużą ilością ich słonego sera. I z tego co jeszcze zapamiętałam, to szaszłyki z mięsa, bardzo soczyste i pyszne. Na deser daje się świeże owoce, głównie arbuzy i suszone do chrupania.
Nasz ostatni wieczór w Batumi, to zachód słońca nad Morzem Czarnym. Kevin uparł się, aby zanurzyć nogi. Fale były tego dnia większa, nadciągał przypływ. Wiedziałam czym to się skończy, ale dobrze było ochłodzić nogi. Bardzo szybko moja sukienka była do połowy mokra, a morze zaczęło mnie wciągać do siebie, kamienie wpełzły mi pod stopy, wbijając się. Śmiałam się oczyszczona próbując wypełznąć na brzeg. W końcu się udało, potem jeszcze przez jakiś czas patrzyliśmy za odchodzącym słońcem. Ciekawe czemu zawsze tak jest, że czujemy tęsknotę patrząc na zachód i znikające promienie. Być może żegnamy coś, co już nie powróci.
- Morze dobrze nas dziś pożegnało. - rzekłam.
O Gruzji rozpoczęłam trochę z ich niegruzińskiej strony, postaram się jeszcze opowiedzieć o innych miejscach, które mnie zachwyciły w Gruzji i będę często je wspominać, czyli o Skalnym Mieście oraz o samych górach czy tańcu gruzińskim. Pojawi się na pewno więcej zdjęć.
Pozdrawiam ciepło!
Wiele mórz i rzek, wiele gór wśród gwiazd
Ale miasto, o którym śpiewamy dziś
Milsze jest, bo z nim wiążą się nasze sny.
Batumi, ech Batumi
Herbaciane pola Batumi
Cykadami dźwięczący świt
Świadkiem był szczęścia chwil.
Batumi, ech Batumi
Herbaciane pola Batumi
Cykadami dźwięczący świt
Świadkiem był szczęścia chwil.
Z ciężkim sercem żegnamy Gruzji brzeg
Śpiew twój dźwięczny jak drogi echo biegł
Dziś gdy oczy przymkniemy widzimy znów
Obraz ten, to marzenie naszych snów.
Batumi, ech Batumi
Herbaciane pola Batumi...
Batumi leży sobie w pięknej krainie o nazwie Gruzja. Jak mówią niektórzy jest to najmniej gruzińskie miasto, ze względu na wpływy zewnętrzne, które coraz mocniej nacierają na ten kraj. Znajduje się na wybrzeżu Morza Czarnego, które obmywa jego kamieniste plaże i chłodzi tysiące rozgrzanych stóp. Akurat trafiliśmy na rozpoczynający się tam Black Sea Jazz Festival 2014, gdzie występowali m.in. KOOL AND THE GANG (któż nie zna ich słynnego hitu Celebration czy Get Down On It?). Więc festiwal trwał, a my umiejscowieni w najpiękniejszym jak na razie hotelu w Batumi czyli Sheratonie mijaliśmy artystów na korytarzach, gdzie również pomieszkiwali czy jadaliśmy codziennie te same do znudzenia śniadania. Po tygodniu objazdówki po tym ciekawym kraju przyszło nam pławić się w luksusach. Powiem wam, że luksusy są najbardziej nudne na świecie. Piszę jednak o Batumi, bo ujrzenie morza było czymś pięknym i tęskniłam za tym widokiem. W Batumi do białego rana trwają imprezy po samo centrum miasta, a na plaży kończąc. Idąc promenadą można spotkać ludzi różnych narodowości, specyficznie poubieranych, krzykliwych i ciągle gadających. Różne budki z lodami, hot dogami czy hamburgerami, pokazy filmów 5D, karuzele dla dzieci, strzelnice i wiele innych rzeczy, aby wypełnić sobie czas. Zadowoliłam się lodem, który bardzo szybko topniał w wysokiej temperaturze. W centrum miasta znajdują się duże fontanny, które o godzinie 21:00 rozpoczynają swój spektakl, w rytm muzyki czy to Stinga czy latynoskich brzmień strzelają na wysokość 30 metrów wywołując cichy zachwyt wśród odbiorców. Miałam okazję towarzyszyć parze młodej, która miała sesję fotograficzną właśnie przy tych fontannach. Delfinarium też się tam znajduje, ale nie chcąc wspierać takich inicjatyw nie skorzystałam.
Minęłam również z Kevinem chłopca stojącego przy wadze, który prawdopodobnie na tym zarabiał. Przypomniały mi się Indie, gdzie pucybutów czy fryzjerów, którzy żyletką golili swoich klientów można było spotkać na ulicach.
- Jak się nazywa facet, który waży klientów? Ważyciel? - spytałam Kevina, który kroczył obok mnie.
- Ważniak.
Uśmiechnęłam się. Mówi się, że Batumi rzeczywiście jest miastem, który najbardziej kroczy za wpływami zachodnimi. Mimo to, Gruzini nie potrafią tym jeszcze dobrze rozporządzać. Samochody jeżdżą jak chcą i gdzie chcą, szybko, wyprzedzają na trzeciego i nigdy, podkreślam NIGDY nie zatrzymują się, aby przepuścić pieszego. W Indiach w tym wielkim chaosie i zgiełku, panuje jakiś porządek, tutaj w Gruzji, jako pieszy nie czułam się bezpieczna. W Batumi nie spotkałam się z żadnym supermarketem, a i sklepów jest naprawdę mało i trudno znaleźć jakiś dobry, gdzie można się zaopatrzyć. Nie wspominam już o pamiątkach, ciężko jest znaleźć sklep z porządnymi koszulkami z Gruzji czy czymś naprawdę wartym uwagi. Knajpki są, ale maleńkie, gdzie przed sklepem stoją z trzy, dwa stoliki, bądź jeden z plastikowymi krzesełkami. Są to głównie bary czy kawiarnie, samych restauracji, gdzie można zjeść ich specjały w Batumi jest mało. Często spotyka się właśnie wspomniane wyżej bary z fast foodami. Idzie to w złym kierunku i trochę się w tym chaosie ulicznym zmęczyłam. Bo właśnie, kiedy samochód gruziński jest zepsuty? Kiedy nie działa mu klakson. Gruzini pozdrawiają się używając klaksonu i okazują zdenerwowanie również naciskając kierownicę. Co drugi samochód w Gruzji nie ma zderzaka, ale to nie przeszkadza w poruszaniu się.
Idąc ulicą, kiedy żar lał się z nieba, powiedziałam do Kevina trzymając się za ręce lepkie od potu, że w Polsce rozmawiając z drugim człowiekiem potrafię odgadnąć jego mimikę twarzy, tutaj Gruzini mówią głośno i ciężko jest mi ich rozgryźć. Kevin uśmiechnął się do mnie ciepło. Nasz polski przewodnik opowiadał nam o tym, jak widział grupę starszych Gruzinów, którzy mówili o czymś gestykulując żwawo i wręcz krzycząc. Okazało się, że po prostu spokojnie rozmawiają, który poeta gruziński jest lepszy według nich.
Trochę o kuchni gruzińskiej: Jest to bardzo prosta kuchnia. Najbardziej charakterystyczne są oczywiście chinhali, czyli ich pierogi zawiązywane jak sakiewka od góry. W środku znajduje się mięso. Powinno się je jeść odgryzając ten supełek i wypijając wodę znajdującą się w środku, spotkałam się ze słowem rosół, chociaż jest to po prostu woda, w której ugotowało się mięsko, dopiero potem zjadamy całość.
Chaczapuri: rodzaj pizzy gruzińskiej, wykonany z ciasta podobnego do wyrobu makaronu, pomiędzy dwoma plasterkami tego ciasta znajduje się nadzienie i najczęściej jest to ser, lecz nie żółty, a raczej coś w rodzaju koziego - bardziej słony. Są też z nadzieniem mięsnym, ale i jadłam chaczapuri na słodko, było pyszne! Chociaż usta aż bolały od nadmiaru słodkości, a oczy szkliły. Są też chaczapuri robione po adżarsku, gdzie na środku rozgrzanego ciasta w kształcie łódeczki dodaje się jajko, które trzeba wymieszać i oczywiście skonsumować. Po za tym używa się bakłażanów i podaje w rożnej postaci, np. zapiekane z serem, podobnie robi się z pieczarkami, które w okrągłym garnuszku zapieka się z dużą ilością ich słonego sera. I z tego co jeszcze zapamiętałam, to szaszłyki z mięsa, bardzo soczyste i pyszne. Na deser daje się świeże owoce, głównie arbuzy i suszone do chrupania.
Nasz ostatni wieczór w Batumi, to zachód słońca nad Morzem Czarnym. Kevin uparł się, aby zanurzyć nogi. Fale były tego dnia większa, nadciągał przypływ. Wiedziałam czym to się skończy, ale dobrze było ochłodzić nogi. Bardzo szybko moja sukienka była do połowy mokra, a morze zaczęło mnie wciągać do siebie, kamienie wpełzły mi pod stopy, wbijając się. Śmiałam się oczyszczona próbując wypełznąć na brzeg. W końcu się udało, potem jeszcze przez jakiś czas patrzyliśmy za odchodzącym słońcem. Ciekawe czemu zawsze tak jest, że czujemy tęsknotę patrząc na zachód i znikające promienie. Być może żegnamy coś, co już nie powróci.
- Morze dobrze nas dziś pożegnało. - rzekłam.
O Gruzji rozpoczęłam trochę z ich niegruzińskiej strony, postaram się jeszcze opowiedzieć o innych miejscach, które mnie zachwyciły w Gruzji i będę często je wspominać, czyli o Skalnym Mieście oraz o samych górach czy tańcu gruzińskim. Pojawi się na pewno więcej zdjęć.
Pozdrawiam ciepło!







Pierwsze zdjęcie jest PRZECUDOWNE ! Takie romantyczne <3 Kocham takie widoki ♥
OdpowiedzUsuńPięknie piszesz - czułam się tam jakbym tam była, a oczami wyobraźni widziałam widoki, które opisałaś :)
Opisami potraw zrobiłaś mi takiego smaka, że pomimo tego, że niedawno miałam kolację, z chęcią bym coś zjadła ^^ Hmmm..pójdę sobie po arbuza !
Prześliczna fontanna <3
I bardzo ładne zdjęcie pary ślubnej :) Bardzo podoba mi się to, że zawarłaś na tym zdjęciu fotografa :)
Czekam z niecierpliwością na kolejne posty o Gruzji :)
Dziękuję Aniu! Niedługo koleiny wpis, o ile mi się będzie chciało! :D
Usuń