Brak apetytu
Nie-Artystka wrzechogarniajacego gówna
Powiedz słowo
A ja
stworzę poezję
miękką i lepką
A nie
To tylko ty padalcu
potrafisz
Dziś obudziłam się smutna, przestraszona tylko trochę mniej. Śniło mi się, że znalazłam na śmietniku, w starym, brudnym pudełku dwa szczeniaki. Jeden był ślepy, a przejawiało się to tym, że miał dziwne, niebieskie oczy, trochę jakby martwe. Były chore, więc zaczęłam je głaskać po brzuszku, mając przeświadczenie że to im na pewno pomoże. Wydzielę ciepło, a one odżyją. Pieski rzeczywiście jakby trochę ozdrowiały. A oczko jednego z ślepych szczeniaczków stało się brązowe. Zaniosłam je do pobliskiego weterynarza. Klinika przypominała pocztę, za szybą był lekarz i lekarka. Ona przyjęła oba szczeniaki przez szybę, gdzie zwykle na poczcie odbiera się duże paczki. Podałam jej zwierzaki, a ona zaczęła je badać. Stwierdziła, że chyba będzie z nimi okej. Ucieszona, że za chwilę zabiorę je do domu przyglądałam im się już uspokojona. Lekarz krzątał się gdzieś za plecami tej kobiety i coś tam robił. Za szybą było zwykłe pomieszczenie, jakby do operacji. I mnóstwo jakiś naczyń i garnków do czegoś. Nagle lekarka oznajmiła mi chłodno: Niestety, nie da się ich uratować. Szczeniaki które leżały jakby na metalowym talerzu zaczęły się rozkładać na moich oczach, aż wsiąknąwszy w powierzchnię pod sobą całkowicie zniknęły. Potem się obudziłam.
Kiedy zaczynam myśleć o sobie, popadam w coś rodzaju melancholii. Wydaję mi się na uczelni, że gdy podchodzę do ludzi, to nie potrafię wykrzesać z siebie ani grama spontaniczności. Mówię im: Hej! To może głupio zabrzmieć, ale wysysacie ze mnie chyba ostatnie krople pozytywnej energii. Zobaczcie, uśmiecham się ostatkiem sił - tak jakby mój uśmiech miał za chwilę zniknąć. I nigdy nie wrócić.To tak jakby każdy mój oddech był ostatnim, tak jakby wszystko działo się w spowolnionym tempie. Jestem ja, jesteście wy, a moje powieki stają się ciężkie. Rozumiecie? - oni patrzą na mnie, jakbym spadła z księżyca, nie rozumieją. Nie martwcie się - mówię im na to - Ja też siebie nie rozumiem. Śmieję się, wydobywam z siebie coś nerwowego, coś co zamiera gdzieś w powietrzu i nigdy się nie spełnia. Gdyby to zobrazować, były by to wymieszane nuty, czarne i powyginane, poskręcane w grubą kulkę. To bym wypluła z siebie. Nie wiem jednak czemu nuty, bo może z wypluciem wydobyły by z siebie okropny, nieznośny jęk, pisk.
Potem upadam, ale gdzieś z boku, gdzie nikt nie widzi. Nie ma mnie, nikt nie patrzy, moje ciało przykrywa się kurzem, ziemią, piaskiem, wiatr zabiera mój zapach. Jak pachniałam? Ludzie depczą po mnie, ale nie czują nic, ja też nie. Mnie już po prostu nie ma. Więc co mają czuć? Tak umiera właśnie artysta, który nigdy nim nie był, niespełniony, zwykły, szary człowiek.
Nie radzę sobie z tym. A jestem tylko przecież mały dzieckiem, nic nie znaczącym dla świata. Dlaczego on jednak tak wiele wymaga, dlaczego w tej chwili ja jestem z tym sama. Przełykam głośno te wszystkie gorzkie słowa, wypłakuje je łzami.
Tak trudno jest być dorosłym i jednocześnie małym, niespełnionym i cichym.
Jestem rozdarta między słowami jednych, a drugich. A moje serce milczy, nie podpowiada, tylko czeka. Jest czasami uparte i zupełnie nieprzydatne.


Komentarze
Prześlij komentarz