Żal do samej siebie, żal do świata
– Czy naprawdę tak bardzo ich żałujesz? – spytał Homek ze współczuciem.– Nie, tylko trochę – odpowiedziała. – Ale korzystam ze sposobności i płaczę teraz nad wszystkim w ogóle. Mam okazję.
- Tove Jansson
W skrócie: Próbowałam pomóc małej biedronce przejść na trawnik, gdy była kilka centymetrów od miejsca docelowego zostawiłam ją i odeszłam. A mali chłopcy, którzy obserwowali całe to zdarzenie z boku, podeszli i za moimi plecami rozdeptali tą malutką biedroneczkę. Gdy się odwróciłam jeden już uciekł, a drugi bezczelnie patrząc mi w oczy jeszcze raz pokazał jak rozdeptuje się insekty, po czym rozsmarował wszystko na betonie. A ja nie wiedziałam czy pędzić do niego, czy się po prostu odwrócić. Potem smarkacz pobiegł za swym starszym towarzyszem. Stałam tam i czułam jak napełnia mnie gniew, wyobrażałam sobie jak łapię tego chłopaka i biję go do krwi, tak mocno, tak żeby cierpiał i czuł to długo. Chciałam widzieć te jego cierpienie. Potem emocje ze mnie zeszły. Wróciły w nocy, gdy leżałam w łóżku wpatrzona w ścianę. Zamykałam szybko oczy, zaciskałam powieki i szeptałam do siebie, że przeklinam tych małych gnojów, żeby życie też ich tak rozsmarowało jak oni tą biedną biedronkę. Szczerze im tego życzyłam.
Opis był dłuższy, ale pomimo zapisania wersji roboczej - usunęło mi wszystko. Zastanawiałam się nad zachowaniem tych małych dzieci w wieku przedszkolnym czy podstawówkowym, czy w ogóle rozumiały co robią i dlaczego chciały widzieć, czy też sprawić mi przykrość, zrobić mi na złość, a przy okazji zabić jakieś małe istnienie (dla nich w sumie i tak nic nieznaczące).
Co z takich bachorów wyrośnie? Bestie... zapewne. I to pewnie w świecie bardzo znaczące.
Zagubiłam się trochę w sobie. Widzę swoje wady, ale strasznie mi jest trudno z nimi walczyć. Będąc teraz w górach, na szlaku skupiałam się bardziej na swoich emocjach niż na drodze, którą pokonywałam i na krajobrazie, który mnie otaczał. Czuję do siebie pewnego rodzaju niechęć, wręcz złość. Mam czasami ochotę wyszarpać sobie wszystkie włosy i zniszczyć wszystko na swojej drodze. A co jak sama stanę się taką bestią? Naprawdę nie chcę. Prócz chęci, trzeba jeszcze działać, a to przychodzi mi wyjątkowo trudno. Gniew jest we mnie zakorzeniony tak głęboko, nie wiem jak się go pozbyć, jak zamienić go na coś lepszego, dobrego? Ranię tyle osób dookoła siebie, a oni to widzą, pokazują mi moje wady na każdym kroku, a ja zagłębiam się w tym jeszcze bardziej. Nikt nie może mi nic powiedzieć, bo zaraz obrażam się jak jakaś damulka. Ludzie powoli nie wierzą mi, że mogę się zmienić, tyle obiecywałam, a jestem taka sama jaka byłam. Wielkie rozkapryszone dziecko - to ja właśnie. Wykorzystuję ich zaufanie, nadużywam ich dobroci, a nic nie daję w zamian. Wszyscy powoli odwrócą się ode mnie, tego boję się najbardziej.
Nikt mi już nie wierzy. Kim więc jestem? Tak bardzo boję się samotności, odrzucenia. A najbardziej, że zacznę wszystko załatwiać przemocą, krzykiem, agresją. Czy do tego właśnie uciekam?
Tak bardzo chciałabym uciec na moment od tej rzeczywistości, fizycznie i psychicznie. Takie myśli przewijają mi się w głowie w chwilach zwątpienia. Nie chciałam być nigdy dla nikogo ciężarem. Nie jest to płacz nad sobą, raczej słabszy moment w moim życiu, jakich wiele. Czuję się taka podła.
Przyjaźń stała się dla mnie suchym słowem, który z trudnością przechodzi mi przez gardło. Tak bardzo się starałam w tym wszystkim i tak długo to wszystko trwało, a teraz jest cisza. Jak widać - nic nie trwa wiecznie. Spotykasz się ze znajomymi i stwierdzasz, że to wszystko jest takie puste i głupie. I jedynie co jest dobre w takich chwilach, to ta świadomość, że masz trochę więcej oleju w głowie od nich wszystkich. A może... czy nie lepiej by było być takim samym głupcem, jak oni wszyscy - żeby nie odczuwać tego cierpienia, tej różnicy?
A chciałam zmieniać świat. Czy moje "ja" zniweczy wszystko co zbudowałam dobrego wewnątrz siebie, dla innych.
Chcę być kimś innym. Nienawidzę... czasem siebie. Moja droga do pokochania siebie jest taka wyboista i trudna.
To nie miało mieć takiego wydźwięku, ale czuję momentami ogromną gulę w gardle, emocje muszą spływać.
Jest początek cudownych, ciepłych wakacji, oby słońce świeciło jak najdłużej. Jutro muszę zrobić koniecznie coś dobrego, coś też dla siebie, coś dla innych. Nie mogę się użalać nad sobą, ten wpis mimo że tak brzmi - wcale taki nie miał być. Nawet nie potrafię opisać swoich emocji, wydaję mi się, że słowa nie mogą czasami oddać w pełni pewnych rzeczy. Problem leży gdzieś głębiej.
Chcę częściej pisać na blogu. A niedługo spróbuję coś ugotować lub upiec coś w końcu innego, bo może nie jestem jednak takim słabym kucharzem jak mnie opisują.
Zachód słońca dobiega końca. Niebo staje się purpurowe. Nadchodzi noc, a z nią kolejne ciche marzenia.
Uspokojenie.
*



Młodzi ludzie (a raczej dzieci) stają się coraz okrutniejsze...
OdpowiedzUsuńTy masz wady ? Niemożliwe :*