Taciszów - 50 Harcerska Stanica Wodna



"Morze to wielkie stworzenie, które jest czasem w dobrym humorze, a czasem w złym, i nikt z nas nie wie dlaczego. Bo my widzimy tylko powierzchnię wody. Ale dla tych, co lubią morze, jest to obojętne... kocha się na dobre i na złe."
                                                        - Tove Jansson 


Lato jest w porządku. Co ja mówię? Jest najlepsze na świecie i nie zamieniłabym tej pory roku na nic innego. Wróciłam kilka dni temu z wyprawy radiowo-egidowej, gdzie to z grupą najwytrwalszych członków studenckiego radia wybraliśmy do 50 Harcerskiej Stanicy Wodnej nad jeziorem Pławniowice. Przybyłam na dworzec w Gliwicach, gdzie to mieliśmy się wszyscy spotkać. Wchodząc do dosyć małego budynku (przerażona myślałam, że będzie większy jak w Katowicach i NA PEWNO się zgubię) ujrzałam stojąco w kolejce Jagodę do której uśmiechnęłam się szeroko. Jakieś 10 minut później przybyli inni egidowicze i to z różnych stron świata. Gocha zakupiła bilety i ruszyliśmy na pociąg nie należący do kolei śląskich, lecz regionalny. Jego wnętrze wskazywało na to, że jest po naprawdę wielu podróżach, ale zrobiło się bardzo klimatycznie. Żartowaliśmy sobie głośno i obserwowaliśmy przystanki za oknem. W końcu ujrzeliśmy napis Taciszowo i wyskoczyliśmy na dworzec, który okazał się drewnianym podwyższeniem i jednym małym budynkiem strażniczym. Po lewej i po prawej stronie las i jedna wiejska ścieżka. A naszej szefowej z samochodem brak (miała zabrać nasze bagaże, a sami udalibyśmy się pieszo). Totalna dziura. Zostawiliśmy więc nasze bagaże na jednej wielkiej kupce i kiedy to Piotrek zaczął wydzwaniać do Kai (z czego dowiedział się, że się zgubiła i musimy poczekać) ja z Jagodą, odważne i szukające nowych przygód wyruszyliśmy w dół, gdzie prowadziła nas polna ścieżyna. Dziarsko doszłyśmy do rozwidlenia i na tym się skończyło, zawróciłyśmy z powrotem do naszej zagubionej grupy. Chwilę potem przyjechała w końcu Kaja (chociaż my już się pogodziliśmy z myślą, że będziemy spać pod gołym niebem) i zabrała nasze bagaże, wcześniej wystawiła swojego brata z psem, który miał nas zaprowadzić do naszego miejsca docelowego. No i spotkaliśmy go po drodze wraz z Dunią, czyli piszczącą maskotką, która towarzyszyła nam przez najbliższe trzy dni. Lecz wracając do opowieści (dziwnej treści), szliśmy przez jakiś czas szeroką dróżką, a potem wyszliśmy do wsi i na betonową drogę. Po drodze zahaczyliśmy o sklep, gdzie wraz z Jagodą zakupiłyśmy sobie po pseudo-drożdżowce z orzechami, które poleciła nam sprzedawczyni.
- Są pyszne! - zachęciła.
No więc nie szkodzi spróbować. Drożdżówka z orzechami, była z orzechami i nic po za tym, sucha, kłębiła mi się w ustach. Jagodzie smakowało, więc narzekać nie będę. Ale i tak brakowało nam świeżutkich pączków z budyniem... Zapijając bananowego kubusia wędrowaliśmy dalej. W końcu przekroczyliśmy most a ja już któryś raz z kolei spytałam czy daleko jeszcze. Na co nas przewodnik Kuba odpowiedział, że tak, daleko. Weszliśmy znów do lasu, a tam zaczęła się tragiczna przygoda z chmurą komarów, która atakowała nas ze wszystkich stron, włażąc nam do ucha, oczu, ust, między palcami stóp i... kto wie gdzie jeszcze. Nasz kolega Stawiar zaczął puszczać techno-hity, aby wspomóc naszą walkę i ciężką podróż. Zaczęliśmy się ruszać w takt muzyki odpędzając się od krwiopijców. W końcu spoceni, wycieńczeni i pokryci komarowymi bąblami doszliśmy do naszego weekendowego miejsca zamieszkania. Kaja powitała nas przy miejscu na ognisko. Stanica wodna to dosyć duży teren, z dwoma blaszanymi budynkami oddalonymi od siebie o kilka metrów. W jednym z nich mieściły się nasze pokoje z kilkoma trój poziomowymi łóżkami. Wybrałam sobie miejsce pośrodku, bo ekstremalnych wyczynów nie lubię, a że często odwiedzam łazienkę w nocy, więc nie chciałam po ciemku schodzić z tak wysokiego łóżka. Jagoda odważnie wdrapała się na górę, a potem szybko stamtąd zeszła i zajęła pospiesznie miejsce na dole. Zdobywanie szczytów to co innego, ale trzypiętrowe łóżka to już poziom hard. Drugi budynek składał się z kuchni, jadalni i łazienki. Razem z Asią (która przez cały pobyt podkreślała ile ma już ukąszeń i jak bardzo ją swędzi i że przez to nie ubierze ulubionych sukienek przez najbliższe dwa tygodnie) oraz z Jagodą popędziłyśmy właśnie do tego ostatniego miejsca. Spodziewałam się obrazu, który ujrzałam (nie byłam zaskoczona) i stwierdziłam, że przeżywałam już niejedną zimną wodę w prysznicu (m.in. lodowatą w nepalskim hotelu, gdzie prąd włączali tylko na 5 godzin, więc posługiwaliśmy się świeczkami, ale to już zupełnie inna historia) - ale taką z której wybija szambo po 3 minutach na pewno nie. Było więc mycie ekstremalne, zamieniliśmy się wiec duchowo na te trzy dni w typowych harcerzy (chyba). Myślę, że daliśmy radę! Ale włosów niestety nie myłam, bo ich płukanie z ich długością zajmuje nieco dłużej niż 3 minuty. Więc i tak i tak byłyby w kiepskim stanie.
Aby rozpalić ognisko wysłano nas do lasu po opał. Chłopcy nagle gdzieś się zapodziali, a my tradycyjnie z Jagodą poszukiwaliśmy drewna. Dołączył do nas Filip, który był z nami tylko jeden dzień, a później wyruszył w świat. Posiadacz tylko jednej ręki zrobił więcej czynności niż kilka osób przez te trzy dni. Poprzynosił mnóstwo drewna i porąbał je, czego Kaja próbowała nas też nauczyć, ale nikt prócz Filipa nie podołał temu zadaniu. Ognisko w końcu się odbyło, wybuchło potężnym płomieniem i uniosło w górę wraz z dymem nasze dżemowo-szantowe-turnauowe pieśni. Kiełbaski pięknie spalone (bo lubimy węgiel) zjedliśmy ze smakiem. Go(cha)sia wspaniale grała nam na gitarze i skrzypcach, bo jak wiadomo małe osóbki są zawsze wszechstronnie utalentowane. Potem nagle część grupy się gdzieś zapodziała, więc że zrobiło się trochę pusto poszłam ich poszukać i odnalazłam w pokoju (nazwijmy go ze względu na większą liczbę facetów) męskim. Tutaj przemilczmy krótką scenę (dla innych nieco dłuższą i ze skutkami bólowymi następnego dnia), która miała miejsce. Pierwszy dzień został ochrzczony i zakończony kilka godzin później.
Następnego dnia zostałam przydzielona wraz z Piotrem do wykonania jajecznicy. Wstałam dosyć wcześniej i przygotowałam wszystkie produkty. Pod groźbą zawołałam w końcu niewyspanego Piotra, który przybył powoli i mechanicznie, jakby jeszcze na pół-śpiący wykonał największą w dziejach ludzkości jajecznicę z 20 jajek z dodatkiem pomidorów, sera i szynki. Była dobra, powiem więcej - bardzo dobra, a wszystkim zgłodniałym smakowało. Po śniadaniu wyruszyliśmy na jezioro, każdy otrzymał kamizelkę odpowiednią dla swej wagi, potem my silni egidowicze wynieśliśmy nad jezioro kanadyjki i dzieląc się na cztery grupy wskoczyliśmy do nich. Przypadła mi rola sternika, Jagoda siedziała w środku, a Asia z przodu. Wpłynęliśmy w końcu na wodę, a pływanie kanadyjkami było najlepszą rzeczą jaka mi się przydarzyła. Kaja posiadająca patent żeglarski i Bóg wie co jeszcze, która pływa sobie po Morzu Śródziemnym od czasu do czasu uczyła nas wielu ciekawych i niezbędnych przy pływaniu kanadyjkami rzeczy. Uczyliśmy się przechodzić między łódkami oraz w samej łódce, a gdy już popływaliśmy sobie - Kaja wymyśliła nam kilka konkursów oczywiście wyścigowe plus takie z piłeczkami. Powiem tak, nie wchodząc w szczegóły, chłopcy oczywiście oszukiwali, ale to nasza łódka była najlepsza i najbardziej wytrwała i wygrana była zawsze (nawet jeżeli niedopowiedziana) po naszej stronie!
Po obiedzie składającym się z ostrego jak diabli spaghetti wyruszyliśmy na dużo większe łódki z pięknymi żaglami. Kaja znów instruowała nas jak co się nazywa, poczynając od kierunku wiatru uderzającego od tej i od tamtej strony w żagle, a kończąc na sznurach na naszej łajbie. Nie żebym marudziła, ale wolę pagajowanie na kanadyjkach. Oczywiście każdy współpracował ze sobą, żeby nie stracić wiatru i jednak dopłynąć później do brzegu (naprawdę się staraliśmy).
Gdy mieliśmy choć trochę wolnej chwili to wraz z Jagodą wskakiwaliśmy na kanadyjki i pływaliśmy po całym jeziorze, wpływając też na teren jakiegoś rybaka, który patrzał na nas... trochę zdenerwowany. Jęknęłam tylko i próbowałam szybko odpłynąć, ale jako początkujący sterownik z początku użyłam złej strony. Na szczęście jakoś udało nam się odsunąć bez zbędnej konfrontacji z wściekłym panem rybakiem.
Wieczór minął ciekawie - JJ przygotował dla nas niespodziankę, dzieląc na psiaczki, kotki, muczki i kuraki, każdy z nas śpiewając wylosowaną piosenkę musiał później odgadnąć dalszą jej treść, która była nie do końca ukazana na wyświetlaczu. Od tej pory zawsze będziemy czytać gazetę przy otwartym oknie, do takiego właśnie wniosku doszliśmy po słowach pewnego utworu. Mesje uratował mnie i Jagodę kupując nam cudowne pączki z białym kremem w środku, ale to nie był budyń. Mimo to rzuciłyśmy się na to jak dzikie bestie, a wszyscy przyglądali się nam jakby oglądali Discovery Channel.
Następnego dnia wróciliśmy do domu, podwieźliśmy Jagodę pod piekarnię, która kupiła sobie ukochaną dawkę pączków z BUDYNIEM. W ten oto sposób w końcu się nasyciła i spełniła. A ja, gdy wkroczyłam do domu pierwsze co zrobiłam - wykąpałam się i to była najwspanialsza kąpiel jaką wzięłam kiedykolwiek, a moje włosy po użyciu szamponu i obfitym prysznicu westchnęły głęboko. Pomijając to, że znalazłam na sobie kleszcza dopiero wieczorem i był maleńki jak ziarenko, cała wyprawa była tego wszystkiego warta. Mój chłopak i brat bardziej panikowali z powodu pasożyta niż ja sama, ale i tak poprosiłam by zawieźli mnie do przychodni. Chodziło mi o samą świadomość spania z czymś co zjada mnie od środka. W recepcji przychodni przywitał mnie starszy pan, który wpierw zadzwonił po pielęgniarkę, a potem kiedy nie odbierała zawołał ją donośnym głosem, później poszedł na zaplecze i widziałam tylko jego wystający tył. Gdy nagle krzyknął donośnie "No nie! Chopie miałeś taką dobrą akcję, czemu nie strzeliłeś?!". Pielęgniarka wypisała mi jakieś papiery i kazała iść pod pokój nr 7. Po drodze minęłam faceta z podkrążonymi oczami i okazało się potem, jak się domyśliłam, że to on będzie mi kleszcza wyjmował. Był bardzo zaspany, ale kiedy dowiedział się gdzie mój kleszcz urzęduje (czyt. nad lewą piersią - sobie wygodne miejsce wybrał!) od razu się rozbudził. Nie szło specjalnym długopisem, bo próbowałam w domu, nie szło też pęsetą, więc zajął się igłą. Wyjął go. Przepisano mi antybiotyki, które od razu kupiłam, ale skutki ich zażycia wcale do przyjemnych nie należą. Bardzo silny lek i bardzo silne bóle brzucha.

Opis krótki, wyszłam trochę z prawy. Tyle było tam ciekawych momentów, ale wszystkie uleciały tak szybko. Na niedzielne upały polecam Jezioro Pławniowice, nie jest to daleko od Katowic (bo pod Gliwicami), a można miło spędzić czas na fajnej plaży, którą widzieliśmy z naszych kanadyjek.







Komentarze

  1. Widzę, że miałaś bardzo przyjemną wycieczkę :)

    Hahaha xD Nie dziwię, że się rozbudził, hahahaha xD

    Mmmm, pączki z budyniem *.* Zjadłabym ♥

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty