Katowice: podróż do podróżniczego baru i sympatyczna herbaciarnia
"Herbatę się pija, by zapomnieć o hałasie świata."
- T’ien Yiheng
Dzisiaj odwiedziłam Katowice, nie byłam tam kilka tygodni, a zmieniło się jedynie to, że znowu wyrwali kolejny asfalt i dalej jest bałagan jak był, plus deszcz, chmury i chłodek czyli lato w pełni.
- Piękną mamy jesień tego lata. - aż chce się rzec no i mówię to Magdzie, która drepta obok mnie uśmiechnięta dopóki nie minęło nas dwóch kiboli, którzy rzucili do nas wulgarnie "Hej ci*ki!", na co Magda odparła im równie niegrzecznie. Zastanawiam się po cichu czy człowiek może spokojnie przejść o godzinie 17:30 do herbaciarni, mając na sobie nieseksowną i zupełne nie rzucającą się w oczy brązową kurtkę i czarne spodnie, a na głowę narzucony kaptur. Świat jest obrzydły, szary i niemiły, a na każdym kroku możesz zostać zgwałcony nawet słowem. Taką mamy właśnie rzeczywistość.
Dochodzimy w końcu do herbaciarni o nazwie "Kominiarz", Magda mówi że jest to stosunkowo nowe miejsce. W ciepłym pomieszczeniu wita nas młody mężczyzna, prawdopodobnie student, który mówi do nas łamanym polskim, bardzo się stara, delikatnie ubiera słowa, po czym w końcu po długim przemyśleniu wypowiada je na głos. Jest tu czysto, panuje półmrok, mamy do wykorzystania dwa pokoje z kanapami i pufami, w jednym do dyspozycji fajkę wodną. Miły człowiek proponuje nam różne herbaty, pytam czy ma japońskie, odpowiada że tak, ale wciąż nie potrafi ich odpowiednio zaparzyć, mimo że próbował na różne sposoby. Wybieramy więc (po przewąchaniu słoików) dwie: jaśminową i chińską, jak to określił nasz starszy kolega - srebrną, Bai Hao Yin Zhen (to chyba ta nazwa, nie jestem jednak pewna). Rozkoszujemy się smakami, student co chwilę podchodzi do nas i wlewa do czajniczków gorącej wody, po czym nas częstuje kolejną dawką złotego płynu. Rozmawiamy z Magdą o wszystkim i o niczym, a czas upływa bardzo szybko. Za oknem ponuro, my widzimy innych, inni nas nie, szyba jest bowiem przyciemniania z zewnątrz.
Kolega opowiada nam legendę związaną ze srebrną herbatą: Starszy chińczyk podróżował po górach, gdy pewnego dnia natknął się na jaskinię pewnej bogini, była ona bardzo zaniedbana. Staruszek postanowił, że zaopiekuję się tym miejscem kultu i zaczął je solidnie pielęgnować. Gdy w końcu skończył, zaczął często odwiedzać te miejsce, a sama bogini objawiła mu się i dziękując mu za opiekę obdarowała go nasionami tej herbaty, którą właśnie piliśmy. Chińczyk podzielił się nasionami z innymi, a srebrna herbata jest teraz w Chinach jedną z popularniejszych.
Kolega pytał nas czy herbata nam smakuje, odparłam, że tak, druga była mocniejsza, ale i tak nam smakowała. Ten słysząc to zaczął biadolić, że naprawdę tchnął w tą herbatę tyle uczuć i tak bardzo się starał, nie chciał żeby wyszła zbyt mocna. Długo mnie przepraszał, więc szybko go uspokoiłam, że była naprawdę dobra, nawet jeżeli trochę za mocna.
To był mile spędzony czas, zjedliśmy również po nutellowej babeczce, a potem wyruszyliśmy dalej. W końcu dotarłyśmy do pubu/baru "Namaste", w którym mieści się klub podróżników. Mamy do wyboru mnóstwo piw, miła barmanka nalewa nam ciemny trunek.Trochę byłam rozczarowana, spodziewałam się czegoś bardziej klimatycznego. Bar posiada same pozytywne opinie, zapraszają tu często interesujących gości, organizują wycieczki, robią galerię i pokazy slajdów, więc pewnie ciekawiej tu wygląda, gdy coś się dzieję. Miejsce ładne, mają duży ogród na zewnątrz, ale nie było pogody, więc siedzieliśmy w ciepłym środku. Tylko jeden kącik był w sumie bardziej nastrojowy od pozostałych, wisiały tam przepiękne mandale, a zaraz gdy weszliśmy przywitały nas nepalskie chorągiewki z nakreślonymi buddyjskimi mantrami (prawdopodobnie). Jednak przestrzeń była dla mnie trochę nieciekawie rozplanowana, stół bilardowy zabierał mnóstwo miejsca i był do nieużytku, a od naszej strony gdzie siedzieliśmy wisiało co prawda wiele zdjęć podróżniczych, niezwykle ciekawych, ale ich małe formaty w półmroku były słabo widoczne. Mimo wszystko panowała miła atmosfera, a gdy kończyliśmy sączyć nasze piwo, przybywało co raz to więcej umęczonych przybyszów z daleka. Wróciłam na przystanek autobusowy. Wsiadłam do 5 i przez całą drogę myślałam tylko o jednym, wypicie piwa i hektolitrów herbaty to jednak nie był najlepszy pomysł, jeżeli chodzi o 47 minutową jazdę autobusem. Cały jednak dzień oceniam niezwykle pozytywnie, a spotkanie z sympatyczną osobą jaką jest Magda nakręca energia na kolejne dni. Dobrze było ją w końcu spotkać. Tym razem znowu odkrywam Katowice na nowo i brnę dalej, w co raz to ciekawsze miejsca, nawet jeżeli muszę przeskakiwać głębokie kałuże.
Kilka sklejonych zdjęć przedstawiające "wnętrze" mojego ogrodu; mandala wykonana przez mamę oraz miniaturka japońskiej świątyni, która oświetla nasze kwiaty nocą.




Musimy się kiedyś wybrać razem do tej herbaciarni :D
OdpowiedzUsuńPiękna historia :)
Śliczne masz akcesoria w ogrodzie ♥
Daj mi znać, a ruszamy od razu! :))))
UsuńWitam, natrafiłam na ten log nieco przypadkiem, ale akurat wpis o Katowicach przypomniał mi nieco o starych czasach ;) i chyba rzeczywiście sporo musiało się tam zmienić, bo wyżej wymienionych lokali w ogóle nie znam :D Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia w prowadzeniu bloga!
OdpowiedzUsuń