Brak Nazywania
"Uczucia są częścią świata, którego nie znam, świata, w którym nie istnieje ani czas, ani przestrzeń, ani granice."
- Paulo Coelho
Wkładam do ust gumę do żucia, rozgryzam. Ostry smak mięty paraliżuje mi język, nagle słyszę buczenie silników od samolotu, a przede mną widzę niebieskie fotele z przymocowanymi stolikami, mrugam kilkakrotnie. Znowu jestem w kawiarence, przede mną stoi żółty kubek, na jego brzegach pianka po waniliowym cappuccino. Zawsze żuję gumę w samolocie, zwiększone przełykanie śliny, wyrównanie ciśnienia w uszach, takie głupoty. Aż dziw, że zwykły smak gumy przeniósł mnie na moment w jakieś wspomnienia. Potem wszystko znikło, gdy zaczęło spływać do gardła. Lekko oszołomiona patrzę na koleżanki, które spokojnie rozwiązują krzyżówki. Głaszczę swoje dłonie, bawię się palcami i zastawiam się czy jestem aż taka głupia, że nie potrafię nigdy wypełnić ani jednej takiej kolorowej kartki. Wstaję i wychodzę w milczeniu, sama. W łazience przyglądam się sobie w lustrze. Moja twarz jest inna. Jakby to powiedzieć - trochę smutna. Przecież nie mogę być smutna, ludzie nie lubią smutasów.
- Jaką dziś maskę ubierzesz Agata? Powiedz.
Schodzę na dół po schodach. Jest to dużo przyjemniejsze, niż wspinaczka. Czy wydaję mi się, czy w górach jest odwrotnie? Zdobywanie szczytu, ono jest lepsze, inne. Myślę jak dawno tam nie byłam. W górach znaczy się. Tęsknie za tym.
Potem wskakuję w tłum i znów jestem wesoła. Tłum jest dziki, tłum mnie zjada. Czy zaakceptował by mnie taką jaką jestem? Lecz kim jestem? Czy ja w ogóle znam samą siebie, bo przecież tyle człowiek ma masek ile sytuacji życiowych. Która jest więc tą jedyną, autentyczną?
- Ty się za bardzo otwierasz. - mówi mi - Ludzie tego nie rozumieją. Nie będą traktować cię poważnie! Przecież sama wiesz...
- Tak, odpuść już sobie. - zdenerwowana zaciskam ręce na kolanach. Bo przecież ja tylko... tylko nie chcę już być sama. Nigdy więcej. Samotność jest taka straszna, nawet sobie nie wyobrażasz.
Wychodzę z uczelni. Przyspieszam, mam nadzieję, że autobus mi nie ucieknie. Drętwieje mi noga, ale to ignoruje i przyspieszam, potem już biegnę. No i uciekł, skubany. Jedzie następny, ale nie ten co trzeba. Co mogę zrobić? Wsiadam. Ludzi jakoś nie ma zbyt wiele, ale i tak wszystkie miejsca pozajmowane. Widzę znajomą twarz za szybą. Zakładam słuchawki. Przypomina mi się, gdy rozmawialiśmy. A może, to tylko w mojej głowie.
- Mijałem cię, ale nawet nie zwróciłaś na mnie uwagi.
- Trzeba było mnie zaczepić!
- Spieszyłem się. Kurczę, wydawałaś się taka smutna. Nad czym tak rozmyślałaś?
- Daruj. - marszczę brwi, bo nie jest pierwszą osobą, która mi to mówi. Potem otwieram usta, ale nic się z nich nie wydobywa. Z westchnieniem wychodzi to wszystko ze mnie tak gładko i zamienia się w parę. Pada deszcz. Kropelki wody tworzą na moich włosach jakieś małe, wodne warkoczyki. Zapomniałam czapki.
- Przepraszam! - mówi, bo wszedł mi w kadr.
Kiwam przecząco głową, z uśmiechem. Uśmiech jest w porządku. Lubię się uśmiechać. Ustawiam długie naświetlanie, a potem i tak się okaże że źle określiłam ostrość. Nie szkodzi, jutro też jest dzień.
Kiedy wracam do domu, na progu wita mnie duży lampion z postawioną świeczką, która niczym ciepły płomyk nadziei wypełnia mnie. Otwieram drzwi i wkradam się do środka. Otula mnie zapach waniliowych kadzideł i orientalna muzyka odzywa się z salonu. Kobiecy śpiew płynie przez korytarz, jak delikatna fala. Znowu się uśmiecham, nie tylko ustami, ale oczami, nosem, uszami. Dobrze jest wracać.
Ten wpis jest o niczym. Podsumowując jednak wszystko zastanawiam się co się zmieniło we mnie, ze mną. Nie jestem taka sama, jaka byłam jeszcze pół roku temu, czy dwa miesiące temu. Staję się inna i to jest całkiem interesujące. Jednocześnie jestem sobą, ale momentami przyglądam się sobie też z boku. Mój dystans - on się staje, po prostu. Nie jestem już tym, kim byłam. Ludzie mnie nie poznają. To się dzieję strasznie szybko, tak że sama za tym nie nadążam.
Ostatnio odczuwam poczucie Braku Nazywania. Nie ma czegoś takiego, ale to siedzi we mnie. Wybuchają we mnie uczucia i krążą wirami z krwią aż do serca, żeby potem oszołomić mnie na chwilę. Co się dzieję? - pytam nagle podnosząc wzrok, ale nie wiem, źrenice mi się rozszerzają. Ja nie potrafię nazwać swych uczuć. One są we mnie, ale jestem jak dziecko - bezradna, sama z tym wszystkim, z tym całym ogromem. Chcę tak wiele powiedzieć, napisać, ale nie potrafię. Staram się to jakoś przedstawić obrazowo, ale to trudniejsze niż myślałam. Zresztą z wyobrażeniami też kiepsko. Bo na przykład: Kolega opowiada mi jakąś sytuację, mówi o osobach, a ja próbuję te postacie jakoś sobie wyobrazić. A potem nagle wycofuję się, przestraszona i zamazuję te twarze, pozostawiając biały papierek, brak oczu, brak nosa, brak ust, brak czegokolwiek, tylko kontury, niewyraźne, trochę jak we mgle. Gdybym wyobraziła sobie te postacie z taką wyrazistością, jakby stali tuż obok mnie, a potem nagle spotkałabym ich w rzeczywistości, zapewne jak zwykle rozczarowałabym się. Zastanawiam się więc, czy nie lepiej zakryć ich mgłą, nawet jeżeli ich nigdy nie spotkam. Choć przyznam, że czasami moje wyobrażenia o czymś nie dorównują pewnym sytuacją, które tak miło mnie zaskakują. I to jest dobre, byle więcej takich wydarzeń!
Wracając do poczucia Braku Nazywania, teraz czuję niezwykle egoistyczną potrzebę miłości. I zastanawiam się patrząc wokół, czy tylko ja jestem bez pary w tym cudacznym środowisku.
Ludzie z kulturoznawstwa to wszyscy niespełnieni artyści. Miło się z nimi rozmawia. Wariaci. Wszyscy nimi jesteśmy.







Czasami wystarczy jakaś drobnostka, smak, zapach czy dźwięk i już jesteśmy w innym świecie.
OdpowiedzUsuńOj, coś widzę smutna jesteś :(
To tak jakby przenoszenie się w inny wymiar, coś zaskakującego. Wydawało się takie realne.
UsuńMój wpis nie miał mieć takiego wydźwięku. Tylko troszkę. Wyszło chyba coś innego. Nie martw się! Przemyślenia muszą być czasami smutne. :))