Przejdź do głównej zawartości
Powrót do wspomień

"Najważniejsze jest, by gdzieś istniało to, czym się żyło:
i zwyczaje, i święta rodzinne. I dom pełen wspomnień.
Najważniejsze jest, by żyć dla powrotu."
-
Antoine de Saint-Exupéry
Jakiś czas temu odwiedziłam miejsce, gdzie stał dom prababci. Mama próbowała
znaleźć ścieżkę, ale nie była pewna czy da radę. Ostatni raz byliśmy tam dawno
temu i to jeszcze z wujkiem i całą rodziną. Pamiętam jak przez mgłę obraz
przedstawiający górę zniszczonych, leżących cegieł i sylwetki postaci, które
stoją w martwej ciszy nad tymi zgliszczami, jakby się modlili. Nie jestem
jednak pewna czy moje wspomnienia są prawdziwe. Wchodziliśmy co raz głębiej w
las brzozowy, drzewa kiedyś jeszcze maleńkie sadzone przez mojego pradziadka i
jego kolegów ze szkoły - dziś wysokie, sięgające nieba. Pogoda dopisywała,
słońce mocno grzało tego dnia, więc musiałam zdjąć kurtkę. Jesień: mnóstwo
kolorów, łączących się ze sobą, podkreślane przez promienie słoneczne. Drzewa rzucały
na ziemię swe długie cienie. Gdzieś między nimi ukazywały się zapomniane
ścieżki sięgające gdzieś daleko. Mama pokazuje mi kolejne zakamarki tego
nieznanego świata. Widzimy ogrodzenie, którego kiedyś tu nie było, jacyś ludzie
zaczynają się budować. Za nami rozciąga się ogromna, pusta przestrzeń, jeszcze
nie wykorzystana przez człowieka. Zawracamy więc, idziemy dalej. Odnajdujemy
kolejną dróżkę, grubo pokrytą kolorowymi liśćmi. Drzewa otaczają nas co raz
ciaśniej, po chwili wszyscy znikają mi z oczu. A ja potykam się i prawie
skręcam sobie nogę, nic nowego w moim przypadku. Robię jeszcze zdjęcie starego
fiata, który pojawił się nagle, nie wiadomo skąd i biegnę za rodzinką. Wskakuję
w gęste zarośla, a ostre gałęzie szarpią mnie za ubranie. Wydaję mi się, że
przekroczyłam jakąś granicę nieznanego mi dotąd świata. Przede mną ukazują się
niewielkie zielone wzgórki pokryte mchem, z jednego z nich wystają porządnie
ułożone kawałki cegieł.
- To tu. - mówi mój brat. I dochodzi do mnie, że tu stał dom prababci i że
jesteśmy na jej działce. Trudno się tu poruszać, drzewo są wszędzie i zarośla,
mało jest pustych przestrzeni. Tata przyznaje ze
smutkiem, że nie ma już nawet pachołków, które kilka lat temu jeszcze tu stały,
wdrążane w ziemię. Mama rozpoznaje drzewa owocowe, w tym wiśnie i jabłonki. Teraz
dzikie, zaniedbane pną się w górę.
Poruszamy się w ciszy. Kilkanaście metrów od miejsca gdzie stał domek widzimy
porzucone schody, które ktoś przeniósł z domu prababci do miejsca przy ognisku,
żeby wygodnie siedzieć. Widzę jak mama staję na nich, jakby chciała żeby jej
stopy odnalazły miejsce, gdzie jako mała dziewczynka stąpała po nich lekko.
Trwa tak przez chwilę, wspomina coś o rzeczce, w której ona i wujek bawili się
razem, po czym postanawia jej poszukać. Idzie sama, a potem gdy już jest daleko
krzyczy do nas: "Jest! Jest!". Ale tylko ja się ruszyłam. Podłoże
było tu bardzo zdradzieckie i miękkie, miejscami mogły być dziury, ale ja i tak
szłam dosyć szybko, omijając wysokie pnącza i wrzosy. W końcu staję obok mamy,
a w dole widzę maleńką, płynącą rzeczkę, niestety brudną - zauważyłam przy
brzegach odcienie tęczy, jakby po jakimś oleju.
- Kiedyś tak nie było. - szepcze do mnie, potem pokazuje mi wielką, białą
brzózkę i mówi, że aż tam sięgał ogród. Robię zdjęcie. Trwamy tak, jest cicho.
Tutaj świat jakby zamarł, wszystko jest wypłowiałe, krzaki mają ciemniejsze
kolory, jakby zapomniane, ukryte przed oczami człowieka. Widzę jak mama płacze,
ale nic nie mówię. Czuję ciężkość na sercu i po chwili sama wyczuwam mokre
ciepło na policzkach, ale wycieram je pospiesznie. Wracamy do reszty. Wiatr
zrzuca na nas deszcz liści, które tańczą w promieniach słońca, gdy się
oddalamy. Dochodzimy do torów kolejowych, które błyszczą się jaskrawo. Idę przy
mamie, ale jest milcząca i zamyślona.
- Kocham cię, wiem że to teraz nic nie znaczy...
- To zawsze coś znaczy. - odpowiada. Łapię ją za rękę i zmierzamy dalej,
słońce mnie oślepia. Spoglądam w lewo i widzę wieżę kościoła św. Antoniego.
Wygląda niczym zamek, trochę baśniowo, trochę melancholijnie. Potem nagle mama
podnosi coś z ziemi i pokazuje mi klucz, taki stary, duży, jaki kiedyś mieliśmy
do naszych drewnianych drzwi od domu. Zaczynam się śmiać, bo ona zawsze coś
takiego znajdzie, gdziekolwiek by nie była. To symbol. - myślę - Klucz do
drzwi, których już nigdy nie otworzymy. Klucz do wspomnień - utraconego
dzieciństwa.














Piękna, wzruszająca historia ♥
OdpowiedzUsuń