Waranasi
"Żyj tak, jakbyś miał umrzeć jutro. Ucz się tak, jakbyś miał żyć wiecznie.
- Mahatma Gandhi
Czym jest Waranasi?
Riksze pędziły po ciasnych i zatłoczonych uliczkach, ocierając się o samochody, ludzi i krowy. Jechałam z mamą, która piszczała z przerażenia, a ja byłam zachwycona tą prędkością napędzaną jedynie siłą ludzkich mięśni. Krzyczałam "Szybciej, szybciej!" kiedy doganiała nas inna riksza z naszymi kolegami z grupy. Nasz "kierowca" cieszył się do nas w bezzębnym uśmiechu i przyspieszał na ile pozwalały mu na to jego chude nogi. Myślę, że pomimo swej chuderlawej postury siłą dorównali by niejednym osiłkom. Intrygujące i smutne, dla takich ludzi riksza jest nie tylko pracą, ale również domem, bo zwykle te osoby spędzają noc właśnie śniąc w tych zardzewiałych i podziurawionych pojazdach. W dodatku ich pracodawca, do którego należy np. trzydzieści takich rikszy w jednej dzielnicy każe im je spłacać, są to dosyć wysokie ceny, sam rikszarz jest w nieciekawej sytuacji, bo na co dzień zarabia krocie lub nic.
Nad Waranasi zapadł wieczór, do mojego nosa docierały przeróżne zapachy, z jednej strony stęchlizna, odór moczu, odpadów, z drugiej ryżu z soczewicą, czy placków (niekoniecznie krowich). Nie przeszkadzało mi to, czułam się niesamowicie, przyglądałam się ludzkim twarzom, zaglądałam do ludzkich straganów i mieszkań, wszystko stało otworem, ludzie przechodzili obok, każdy w innym kierunku, rozmawiając, gestykulując, wołając, śpiewając. Samochody wydobywały z siebie milion różnorakich klaksonów, każdy był inny i się wyróżniał. Dźwięki docierały do ciebie i były zagłuszane kolejnymi. Potem zastanawiałeś się skąd to było i zapominałeś. Chwila, pędzisz dalej, wiatr we włosach, riksza pędzi z górki, na łeb, na szyję. Na górze powieszone na sznurach długie kolorowe sznurki, miliony wstążek, czy były one czerwone? Nie pamiętam, chyba tak. Miliony lampek choinkowych, były wszędzie. Czułeś się trochę jakby w Boże Narodzenie, tyle, że bez śniegu. I dalej jedziemy, a świat pędzi razem z nami, wymijają nas skutery. Kaszle, bo zakrztusiłam się ilością kurzu, który wpadł mi do gardła. Jeden z młodych Hindusów przesyła mi całusa, ale jesteśmy tacy szybcy, że nie zdążyłam nawet zareagować.
Potem nagle zatrzymujemy się, riksze nie mogą jechać dalej, ale będą tu na nas czekać. Koniec zabawy, idziemy piechotą, tłum gęstnieje, a ja czuję się mała i mam wrażenie że zaraz zostanę wdeptana w ziemie. Stragany są teraz na wyciągniecie ręki. Z jednej strony krowa leży sobie i nie ma zamiaru wstać, z drugiej mężczyzna siedzi sobie po turecko i kontempluje. Stragany pomimo słabego oświetlenia wydają się bić jasnym światłem, potem widzę ogniska, małe piecyki, wesoło pieczą się smakołyki, których nazwy nie znam i zapewne nigdy nie próbowałam. Dalej pewna para starszych mężczyzn głośno mówi o czymś pokazując sobie nawzajem gazetę. Ubrania w kolorach tęczy, kiczowate, z cekinami, z brokatem wiszą na linkach i połyskują w mrokach sklepu. Zastanawiam się jak długo już idziemy. Ludzi jest co raz więcej i idą już w tylko jednym kierunku. Tak jakby wszyscy odnaleźli swój cel i wiedzą dokąd ich doprowadzi.
Świat zostaje oświetlony przez wysokie, pomarańczowe latarnie. Schodzę po schodach i mijam żebraków, nagich ludzi, starców i niepełnosprawnych z drewnianymi miseczkami proszącymi o pieniądze czy jedzenie. Mijam kałuże i coś co przypomina mięso mielone, ale wiem że tym na pewno nie było. Moim oczom ukazuje się Ganges. Święta rzeka, magiczne miejsce. Setki zacumowanych łódek, a na nich już siedzą turyści, stamtąd będą oglądać wydarzenie, które za chwile będzie miało tu miejsce. Codziennie po zachodzie słońca bramini, czyli kapłani z najwyższej kasty, odprawiają tu rytuał. Żegnają boginię Gangę.
Kupuję świeczkę od małego chłopca i wysyłam ją w ten dziwny, tajemniczy świat, światło płynie powoli wraz z innymi, jest ich setki, tysiące, miliony? Podobno ma się w ten sposób spełnić życzenie, lecz kto mógłby zliczyć ilość ludzkich marzeń?
Obok nas widzę kobietę, która robi pranie i myje swoje stopy. Były brudne z ziemi, ale po umyciu w Gangesie były jeszcze brudniejsze. Potem zabiera swój koszyk i odchodzi. Ludzie przybywają do Waranasi, aby zobaczyć jak to jest. Woda w Gangesie jest brudna, każdy ma tego świadomość. Bakterie, które tam występują podobno tysiąckrotnie przekraczają granicę przyjętej normy. To tutaj odprawiane są pogrzeby i pali się ludzkie zwłoki, aby dusza na płomieniach wraz z dymem mogła odejść spokojnie do nieba, ciało (które nigdy nie spala się końca, gdyż nie można uzyskać tak wysokiej temperatury płomienia) zostaje zepchnięte do wód Gangesu. Czasami ludzie widzą więc ludzką rękę, czy nogę, która płynie z nurtem rzeki. Są tu też ścieki i mnóstwo śmieci. Kiedy umiera dziecko, do jakiegoś określonego wieku, ciało wrzuca się w całości, bez spalenia. Do pogrzebu rzadko dopuszcza się kobiety, chyba że właśnie to kobieta zmarła, wtedy mogą brać udział. Nie można też fotografować tego obrzędu, a turyści nie są dopuszczani do takich scen. Stos wykonuje się ze specjalnego drewna, który bardzo długo się pali. Zmarły jest owinięty bandażami i pokryty różnymi olejkami. Całą pracą zajmują się niedotykalni, czyli osoby z najniższej kasty, właściwie wykluczeni ze społeczeństwa, skażeni, wykonują więc brudną robotę, dotykają zmarłych, przygotowują stos, pozbywają się prochów, spychając je w dół zbocza do wód świętej rzeki.
Stoimy pod niezbyt wysokimi platformami. Za chwilę do nas przychodzą bramini i zsypują płatki kwiatów do wody rozpoczynając uroczystość. Są przystojni, młodzi, a codzienne odprawianie pożegnań z boginią musi ich nudzić. Gdy stają na swoich miejscach uśmiechają się pod nosem. Myślę, że niektórzy z nich nie traktują już tego poważnie. Przybyło mnóstwo osób, nie tylko Hindusów, lecz turystów z całego świata. Widzę Japończyków na łódkach, czy Koreańczyków po mojej lewej stronie. Jeden mężczyzna wybija rytm na bębnach, uśmiecha się do mnie, gdy robię mu zdjęcie, bramini rozpoczynają swój obrzęd śpiewając, muzyka porywa serca, jest dziwna, wesoła, ciekawa, ale też wszystko to co mnie otaczało było pełne sprzeczności. Kolorowe girlandy, uśmiechający się zalotnie bramini, sztuczna pobożność na twarzach niektórych Hindusek, tak bardzo przypominała mi twarze starszych kobiet, które co niedziele biegają u nas do kościoła. Ta uroczystość była też rodzajem mszy, tylko różniącą się kulturą i tradycją. Mimo wszystko byłam zafascynowana urodą jednego z braminów, który przypominał mi Jezusa. Tylko ten "Jezusek" miał ciemne włosy i wręcz mnie hipnotyzował. Zrobiłam więc mu setki zdjęć, przez co mój tata w końcu podszedł do mnie i zapytał rozbawiony, czy mogłabym zrobić zdjęcie też innym braminom i Hindusom i zostawić "Jezuska" w spokoju?
NIGDY! : )
Ok... zrobiłam też innym.
Bramini zrzucają na nas kwiaty, używają świeczników i kadzideł. Nie wiem ile to wszystko trwa, pół godzinki, godzinę, półtorej? Mam wrażenie, ze stoję tam wieczność. Muzyka mnie otuliła i chociaż teraz już jej nie pamiętam, myślę że noszę ją w sercu. Gdybym ją usłyszała nawet na końcu świata, na pewno bym ją rozpoznała. Kapłani kończą uroczystość, a my wracamy do naszych rikszarzy, po drodze spotykając grupkę młodych ludzi, którzy rozmawiają ze starszym, uśmiechającym się do nich mężczyzną. Jedziemy do miejscowej restauracji. Podają tam ogromne ilości jedzenia, które z trudem mieścimy w naszych żołądkach.
Po ciepłym, kolorowym i smacznym posiłku udajemy się do obskurnego hotelu. W pokoju paliło się już światło, którego potem nie potrafiłam wyłączyć, dopiero gdzieś za łóżkiem znalazłam wyłącznik. O mało co a nie zabiłabym się w łazience przez wybudowany ogromny próg, którego nie zauważyłam. Za oknem słychać klaksony ciężarówek, jednak po prawie dwóch tygodniach przebywania w Indiach nie przeszkadza mi to aż tak bardzo. Skupiam się na walce z komarami, które bzyczą mi nad uchem. Nastraszyli nas malarią, więc męczę się i nerwowo oglądam wszystkie ściany w poszukiwaniu skurczybyków. Kiedy już stwierdzam, że jest "czysto" kładę się do łóżka.
Nie spałam pół nocy, leżąc pod zakurzoną i brudną narzutą wsłuchiwałam się w wejście wentylacyjne nad moim łóżkiem. Coś tam chodziło i skrobało małymi pazurkami. Ciarki przechodziły mi po plecach, gdy pomyślałam, ze to paskudztwo może tu przyjść, prześlizgnąć się przez pręty i wskoczyć mi wesoło na głowę, albo wejść do ust podczas snu. Dygotałam z obrzydzenia i zastanawiałam się, czy to mysz, szczur czy karaluch. Zasnęłam nad ranem.
Następnego dnia znów udajemy się nad Ganges. Jest 4 lub 5 rano. Słońce powoli budzi się do życia, z jednej strony trwa jeszcze noc i mrok, z drugiej oblewa nas pomarańczowe światło. Wsiadamy do łódki. Naszym oczom ukazują się kolorowe budynki jakby żywcem wyciągnięte ze starożytnych czasów. Zapiera dech w piersiach. Hindusi rozpoczynają swą poranną kąpiel. Niektórzy myją zęby, inni wskakują odważnie i pucują całe ciało, jeszcze inni obmywają twarz i piją ją. I co dziwne nic im nie jest. Do dziś nie wiadomo, czy to silna wiara, czy występujące naturalne przeciwciała w organizmach mieszkańców Indii. Jarosław Kret w swojej książce "Moje Indie" opisał, że może być to spowodowane złożami srebra występującymi w podłożach rzeki, które naturalnie ją oczyszczają (mam nadzieję, ze niczego nie pokręciłam :)) Podobno każda rodzina w Indiach powinna mieć trochę wody z Gangesu w swoim domu. Starzy ludzie, którzy czują że ich życie niedługo dobiegnie końca przychodzą często właśnie tu aby móc spokojnie umrzeć.
Płyniemy powoli i obserwujmy ten intrygujący nas świat. Widzimy przygotowane stosy pogrzebowe, a cały brzeg jest szary od ilości ludzkich prochów, które zostały tam zrzucone. Mijamy pogrzeb, spod drewna widzę ludzką stopę, którą powoli pożerają płomienie. Słońce pojawia się nagle, wyłania się z mgły. Machają do mnie jacyś Japończycy. Do naszego "stateczku" uderza inna łódka, potem następna, ci mężczyźni mają na swoich łajbach mnóstwo pamiątek i chcą je sprzedać. Dobry i ciekawy interes. Sklep na łódce. Widzę na brzegu medytujących ludzi, którzy odpoczywają w ten sposób na dachach budynku. Inny pan robi pranie, uderzając rzeczami i mocząc je w Gangesie. Każdy ma tu jakieś zajęcie. Dobijamy w końcu do brzegu i przeciskamy się ulicami Waranasi, aby dotrzeć do autokaru. Nagie dzieci biegają z uliczki do uliczki, mnóstwo drzwiczek, kałuże, kał, szczur, który przebiega nam przez drogę, mama zaczyna krzyczeć ze strachu i roztrzęsiona mówi wszystkim "Szczur, szczur! Widziała pani? Widział pan?", powtórzyła to z setki razy i chociaż wszyscy owego szczura widzieli, to kiwali głowami ze zrozumieniem. Miałam już dość smrodu i błądzenia w labiryncie uliczek, wciąż w górę i w górę, ale nagle z prawej mrugnął do mnie Ganeśa z małej kapliczki ulokowanej obok mieszkań. W końcu wyszliśmy na główną ulicę i bardzo się z tego faktu ucieszyłam.
Czym jest Waranasi? Czy tylko świętym miejscem kultu, gdzie ludzie z całego świata przybywają, aby ujrzeć siłę Gangesu? A może magicznym miejscem, gdzie spełniają się marzenia, gdzie dusze odnajdują drogę do swego raju? Nie mam pojęcia. Indie są niezwykłe. Być może jest to spowodowane tym że czas się tam zatrzymał i nie mówię tu tylko o budynkach, tradycjach, ale o ludziach, którzy żyjąc dniem dzisiejszym tworzą tą rzeczywistość. Może my też powinniśmy się czasem zatrzymać na chwilę i wrócić do swoich korzeni.



























Twoja opowieść tworzy jedność z tymi pięknymi fotografiami. Jesteś prawdziwą artystką ♥
OdpowiedzUsuńTy też Aniu. :)) Dziękuję!
OdpowiedzUsuń