Peschici i jego magiczny urok
"Tam daleko, w słonecznym blasku leżą moje największe pragnienia.
Mogę ich nie dosięgnąć, ale mogę spoglądać i widzieć ich piękno, wierzyć w nie i starać się podążać tam, dokąd prowadzą."
Pamiętam, że spieszyliśmy się na autobus, który za chwilę miał odjeżdżać. Zwarta grupą przemieszczaliśmy się w stronę małego parkingu, oczywiście ja – jak wiadomo, spociłam się strasznie. Stwierdzam, że to chyba rodzinnie, bo moja ciocia również była mokra jak ja. Czekaliśmy trochę siedząc na schodach i kręcąc się w pobliżu, po chwili nadjechał miejscowy minibus, do którego wskoczyliśmy prędko i ruszyliśmy. Nie pamiętam ile trwała droga do Peschici, ale chyba niezbyt długo. Mimo wszystko zawsze uwielbiam słuchać muzyki podczas jazdy, więc i tym razem nie obyło się bez słuchawek na uszach. Kiedy w końcu dotarliśmy pamiętam, że od przystanku musieliśmy wspinać się jeszcze trochę w górę ładną wybrukowaną uliczką. Nasze opiekunki; pani Asia i Kasia opowiadały coś, ale ja już wyrywałam się do przodu, żeby wskoczyć w te malownicze miasteczko. Byłam taka podekscytowana. Wpierw jednak wszyscy ruszyliśmy do miejsca, gdzie podawano najlepsze lody na świecie – tak to określili. Na co komu lody? Strata czasu na jedzenie – myślałam. No ale, jak wszyscy to wszyscy. Więc kupiłam sobie kilka gałek w kolorowej miseczce. Mężczyzna, który sprzedawał był wielce zadowolony z takiej ilości klientów. Na jego małym stoisku było co wybierać; lody o smaku owoców, zarówno tych podstawowych jak i zupełnie niespotykanych, był też smak Nutelli czy Ferrero Rocher , więc miałam niezłą zabawę przy wybieraniu. Muszę przyznać, że były przepyszne i zapewne już nigdy ich nie zasmakuje. Achh! Rozpływały się w ustach. Och! Zupełnie zapomniałam dodać, że za plecami właściciela lodów był jego pomocnik, który robił naleśniki… Nie miałam już jednak na nie ochoty, a szkoda – wyglądały tak ślicznie ze wszystkimi dodatkami, które leżały na stoisku do wyboru – poprzez wszystkie cukierki, orzechy, kremy czy polewy. Po zjedzeniu grupa zaczęła się rozdzielać. Więc ja i Agata (czyli w sumie już dwie Agaty – niezastąpiony układ) ruszyłyśmy podbijać Peschici! Dołączyła do nas najmłodsza członkini obozu – Ola, wszędzie było jej pełno, a jej bojowa postawa sprawiała, że cieszyłam się z jej towarzystwa. Na początku przemieszczałyśmy wąskim uliczkami, było tam mnóstwo magicznych sklepów: drewniane zabawki, które uśmiechały się z wystawy, czy ręcznie wykonane figurki elfów, czarownic i skrzatów. Trafiłyśmy również do sklepu, gdzie sprzedawano same słodkości (głównie również słodkie zapiekanki). Rozśmieszył mnie fakt, że za szybką stał zapas około dziesięciu lub większej ilości słoików Nutelli. Nie zdziwiłabym się, gdyby Nutella miała nagle spłynąć z nieba. No, ale w końcu to włoski produkt. Pomijając jednak temat słodkości, kiedy Agata kupowała drewniane zabawki dla swojego rodzeństwa, ja jęczałam i kręciłam się w kółko żeby wyruszyć dalej. Było już dosyć późno i słońce powoli zniżało się nad linię horyzontu. Kiedy w końcu uwolniłyśmy się z aury zakupów i dotarłyśmy na sam koniec miasteczka, ujrzałyśmy przecudowny zachód słońca i piękny widok na morze. Miasteczko stało bowiem na kamiennym wzniesieniu, więc morze było kilka metrów pod nami. Od razu rzuciły się nam w oczy kłódki, które przymocowane były do balustrady. Miały one symbolizować miłość, każdy kto je tam zaczepi będzie pewny, że jego uczucie przetrwa. Nie wiem czy kłódka jest odpowiednim symbolem miłości, ale wyglądało to naprawdę ładnie. Znalazłyśmy się jeszcze w sklepiku, gdzie wąsaty mężczyzna z fartuszkiem wykonywał naczynia i figury z gliny. Bajkowe. Wkrótce potem słońce zniknęło i nad miasteczko nadeszła cicha aura wieczoru. Pokręciłyśmy się trochę po kamiennych schodach, aby potem udać się na targowisko, gdzie sprzedawano ogromną ilość orzechów, dzieci bawiły się na karuzelach, a inni spacerowali i rozmawiali głośno ze sobą o wydarzeniach dnia. Życie dopiero zaczynało się toczyć teraz. Wkrótce potem nasza grupa ponownie zaczęła się odnajdywać. Peschici to magiczne miejsca, pełne uroku, który przyciąga. Czułam się trochę jak we śnie, gdy spacerowałam i przyglądałam się dzieciom, które organizowały swe urodziny w jednej z wąskich uliczek. Pamiętam, że przyniesiono tort i śpiewano „sto lat”, a ja stałam i przyglądałam się im uśmiechom, a oni uśmiechali się do mnie. I nie byłam kimś obcym, nie odczułam żadnej niechęci. Cudownie było zanurzyć się choć na moment w tej scenerii i być jego częścią. I pomyśleć, że takie małe miasteczko, a i ile uroku potrafi w sobie pomieścić. Jak to potem określiła Agata podpisując jedno ze zdjęć? „
Mogę ich nie dosięgnąć, ale mogę spoglądać i widzieć ich piękno, wierzyć w nie i starać się podążać tam, dokąd prowadzą."
- Louisa May Alcott
Pamiętam, że spieszyliśmy się na autobus, który za chwilę miał odjeżdżać. Zwarta grupą przemieszczaliśmy się w stronę małego parkingu, oczywiście ja – jak wiadomo, spociłam się strasznie. Stwierdzam, że to chyba rodzinnie, bo moja ciocia również była mokra jak ja. Czekaliśmy trochę siedząc na schodach i kręcąc się w pobliżu, po chwili nadjechał miejscowy minibus, do którego wskoczyliśmy prędko i ruszyliśmy. Nie pamiętam ile trwała droga do Peschici, ale chyba niezbyt długo. Mimo wszystko zawsze uwielbiam słuchać muzyki podczas jazdy, więc i tym razem nie obyło się bez słuchawek na uszach. Kiedy w końcu dotarliśmy pamiętam, że od przystanku musieliśmy wspinać się jeszcze trochę w górę ładną wybrukowaną uliczką. Nasze opiekunki; pani Asia i Kasia opowiadały coś, ale ja już wyrywałam się do przodu, żeby wskoczyć w te malownicze miasteczko. Byłam taka podekscytowana. Wpierw jednak wszyscy ruszyliśmy do miejsca, gdzie podawano najlepsze lody na świecie – tak to określili. Na co komu lody? Strata czasu na jedzenie – myślałam. No ale, jak wszyscy to wszyscy. Więc kupiłam sobie kilka gałek w kolorowej miseczce. Mężczyzna, który sprzedawał był wielce zadowolony z takiej ilości klientów. Na jego małym stoisku było co wybierać; lody o smaku owoców, zarówno tych podstawowych jak i zupełnie niespotykanych, był też smak Nutelli czy Ferrero Rocher , więc miałam niezłą zabawę przy wybieraniu. Muszę przyznać, że były przepyszne i zapewne już nigdy ich nie zasmakuje. Achh! Rozpływały się w ustach. Och! Zupełnie zapomniałam dodać, że za plecami właściciela lodów był jego pomocnik, który robił naleśniki… Nie miałam już jednak na nie ochoty, a szkoda – wyglądały tak ślicznie ze wszystkimi dodatkami, które leżały na stoisku do wyboru – poprzez wszystkie cukierki, orzechy, kremy czy polewy. Po zjedzeniu grupa zaczęła się rozdzielać. Więc ja i Agata (czyli w sumie już dwie Agaty – niezastąpiony układ) ruszyłyśmy podbijać Peschici! Dołączyła do nas najmłodsza członkini obozu – Ola, wszędzie było jej pełno, a jej bojowa postawa sprawiała, że cieszyłam się z jej towarzystwa. Na początku przemieszczałyśmy wąskim uliczkami, było tam mnóstwo magicznych sklepów: drewniane zabawki, które uśmiechały się z wystawy, czy ręcznie wykonane figurki elfów, czarownic i skrzatów. Trafiłyśmy również do sklepu, gdzie sprzedawano same słodkości (głównie również słodkie zapiekanki). Rozśmieszył mnie fakt, że za szybką stał zapas około dziesięciu lub większej ilości słoików Nutelli. Nie zdziwiłabym się, gdyby Nutella miała nagle spłynąć z nieba. No, ale w końcu to włoski produkt. Pomijając jednak temat słodkości, kiedy Agata kupowała drewniane zabawki dla swojego rodzeństwa, ja jęczałam i kręciłam się w kółko żeby wyruszyć dalej. Było już dosyć późno i słońce powoli zniżało się nad linię horyzontu. Kiedy w końcu uwolniłyśmy się z aury zakupów i dotarłyśmy na sam koniec miasteczka, ujrzałyśmy przecudowny zachód słońca i piękny widok na morze. Miasteczko stało bowiem na kamiennym wzniesieniu, więc morze było kilka metrów pod nami. Od razu rzuciły się nam w oczy kłódki, które przymocowane były do balustrady. Miały one symbolizować miłość, każdy kto je tam zaczepi będzie pewny, że jego uczucie przetrwa. Nie wiem czy kłódka jest odpowiednim symbolem miłości, ale wyglądało to naprawdę ładnie. Znalazłyśmy się jeszcze w sklepiku, gdzie wąsaty mężczyzna z fartuszkiem wykonywał naczynia i figury z gliny. Bajkowe. Wkrótce potem słońce zniknęło i nad miasteczko nadeszła cicha aura wieczoru. Pokręciłyśmy się trochę po kamiennych schodach, aby potem udać się na targowisko, gdzie sprzedawano ogromną ilość orzechów, dzieci bawiły się na karuzelach, a inni spacerowali i rozmawiali głośno ze sobą o wydarzeniach dnia. Życie dopiero zaczynało się toczyć teraz. Wkrótce potem nasza grupa ponownie zaczęła się odnajdywać. Peschici to magiczne miejsca, pełne uroku, który przyciąga. Czułam się trochę jak we śnie, gdy spacerowałam i przyglądałam się dzieciom, które organizowały swe urodziny w jednej z wąskich uliczek. Pamiętam, że przyniesiono tort i śpiewano „sto lat”, a ja stałam i przyglądałam się im uśmiechom, a oni uśmiechali się do mnie. I nie byłam kimś obcym, nie odczułam żadnej niechęci. Cudownie było zanurzyć się choć na moment w tej scenerii i być jego częścią. I pomyśleć, że takie małe miasteczko, a i ile uroku potrafi w sobie pomieścić. Jak to potem określiła Agata podpisując jedno ze zdjęć? „
No i oczywiście Agaty muszą być! :D A co!



Prześliczna miejscowość ♥
OdpowiedzUsuńZakochałam się :)
I przepiękne zdjęcia !
Przez chwilę poczułam jakbym była tam z Tobą - cudownie opisujesz, a zdjęcia tylko odzwierciedliły słowo pisane :) Super !!
Dziękuję Aniu! :D Cieszę się, że Ci się podoba. Następnym razem będzie tego więcej - tzn. opisów podróży. :D
OdpowiedzUsuń;**
Hurrrra !!! *nie może się doczekać*
OdpowiedzUsuńPiękna miejsce , opisane w jak najlepszy sposób ^^
OdpowiedzUsuńi zdjęcia świetne ;)
nareszcie znalazłam czas na czytanie / ogarnięcie blogów xD
Zgadzam się z komentarzami powyżej.... bardzo przyjemnie się czyta twoje skrobanki ;). Zdjecia doskonale dopełniają wyobrażenie o opisywanym Peschici..klasa! :)Chętnie bym tam zawitała.
OdpowiedzUsuńJa też miałam kiedyś okazję być we Włoszech...i na zawsze w sercu pozostana mi wspomnienia z wakacji tam spędzonych....
na jednej z wycieczek zatrzymaliśmy się w takim punkcie widokowym i nasz przewodnik rowniez opowiedział nam historię miłosnych znaków - kłódek - tamtejsze balustrady aż się uginały pod ich ciężarem!..nie powiem oryginalny zwyczaj ;).....lody to tez kolejne wspomnienie, zastanawiałyśmy sie z kolezankami czemu będąc we Wloszech nie możemy dostać nigdzie tzw. lodów włoskich (okazało się, że nazwa wzięła sie nie od miejsca wyrobu a bodajże od tego, ze stamtąd pochodzą maszyny do tego rodzajow lodow)..jednak to wcale nie była żadna ujma ponieważ lody na gały (bo tak trzeba nazwać dawane tam porcje :] ) były wyśmienite.....i do tego biggg nutelllla na sklepowych ladach....jami ! :D....co mnie we Włoszech zaskoczyło to totalna swoboda na drogach - Włosi z dwóch pasów na drodze tworzą sobie trzy pasy aut a pomiędzy nimi jeszcze motor sie zmiesci...i też co drugie auto stojące przy drodze jest porządnie obite :O...a sami Włosi -wielcy podrywacze ..to miłe gdy idac plaża slyszysz "ciao bella" ;) ale niektorzy solidnie przesadzają ;P....
tak mnie wzięlo na wspomnienia z tamtych wakacji..az się robi cieplej!....jak dobrze, ze jeszcze bedzie moze okazja tam pojechać bo przeciez "maniana" ;)
..także, podsumowując: I <3 ITALY!....super zdjęcia i wspomnienia! :D